Recenzje

Stworzenie hejtera

Film: "„Sala samobójców. Hejter”"

Autor: Kamil zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Po sukcesie „Bożego ciała” najnowszy film Jana Komasy wzbudził duże zainteresowanie wśród polskiej publiczności, tym bardziej że reżyser ponownie postawił na współpracę z młodym scenarzystą – Mateuszem Pacewiczem. Intrygujący jest również sam tytuł sugerujący, jakoby film miał być kontynuacją „Sali samobójców” zrealizowanej przez reżysera w 2011 roku według własnego scenariusza. Relacja między tymi filmami nie jest jednak taka prosta. O ile obie historie są fabularnie właściwie niezależne, o tyle ideowo zbiegają się bardzo. Pacewicz nie wchodzi tutaj jednak w świat przedstawiony w „Sali samobójców”, aby go rozwinąć. Jest to zupełnie nowa opowieść o internetowym hejterze Tomaszu Giemzie (Maciej Musiałowski), która została stworzona od zera, ale nadal krąży wokół zagrożeń związanych z używaniem globalnej sieci. Jedynym łącznikiem pomiędzy filmami jest postać szefowej agencji PR (Agata Kulesza), a jednocześnie matki Dominika Santorskiego – głównego bohatera „Sali Samobójców”. Znajomość pierwszej części serii nie jest konieczna, aby sięgnąć po drugą, ale sprawia, że działalność Beaty Santorskiej w „Hejterze” jest jeszcze bardziej przejmująca.

Przede wszystkim, bardzo cieszy mnie to, w jaki sposób film porusza problem potencjalnej szkodliwości internetu i mediów społecznościowych. Twórcy nie uraczyli nas bowiem uproszczonym i ignoranckim „internet jest niedobry”. Co więcej, jest to jednocześnie historia o przemocy i poniżeniu w szerszym spektrum, ale opowiedziana z innej perspektywy niż „Sala samobójców”.

Internet i media społecznościowe są w „Hejterze” pokazane jako potencjalnie niebezpieczne, gdyż stanowią potężne narzędzie umożliwiające ekspresję złych intencji na niespotykaną wcześniej skalę. Równolegle, film obnaża zawstydzającą podatność użytkowników sieci, czyli nas wszystkich, na fałszywe informacje i manipulacje, a także zwraca uwagę na szkody, jakie za pomocą internetu może wyrządzić kultura hejtu. Mówię o całej kulturze, bo swoje hejterskie skrzydła główny bohater rozwija głównie pod wpływem pracy w agencji PR, która w praktyce zajmuje się jednak organizowaniem oczerniającej propagandy internetowej na zlecenie. Już sam fakt, że w otaczającej nas rzeczywistości jest miejsce dla takich ośrodków hejtu, które wzniecanie nienawiści nazywają działaniami PR, jest alarmującą diagnozą na temat naszego społeczeństwa, a tych w filmie znajdziemy wiele. Anonimowość, szeroki zasięg, bańki informacyjne i złudne poczucie dowodu społecznego są głównymi właściwościami internetu, na których żerują osoby takie jak antybohater.

Moim zdaniem warto także zwrócić uwagę na fakt, iż Tomka poznajemy, zanim zostaje on tytułowym hejterem. Myślę, że może nam to umknąć, jeśli za bardzo pochłonie nas niechęć do głównego bohatera. Choć już od początku przejawia on pewne niepokojące tendencje do krętactwa i manipulowania ludźmi, to poza plagiatem dokonanym na studiach, nie ma jeszcze wtedy na swoim koncie większych przewinień. Odpycha, ale jeszcze nie odraża. Gdy kolejne wydarzenia dają do zrozumienia, że Tomek za chwilę po raz kolejny przekroczy granicę moralności, wciąż nie chce się wierzyć, że jest on do tego zdolny. Naszą nadzieję nieustannie wystawia się na próbę, by potem stanowczo nas z niej odrzeć. Ostatecznie, obserwujemy konsekwentną przemianę głównego bohatera. Jednak tym, co stoi u jej podstaw, jest poczucie odrzucenia i poniżenia. Tomek jest bowiem chłopakiem z dużymi aspiracjami, który studiuje w Warszawie, ale pochodzi z niezamożnej rodziny z prowincji. Warszawska śmietanka nie wydaje się jednak mu przychylna. Dawna znajoma, w której bohater się podkochuje, odtrąca go z wyższością, a przyjaciele rodziny fundujący mu stypendium są wobec niego pobłażliwi i drwią z niego za plecami. Tomasz wyraźnie odstaje od tego świata, a koszty życia, którym ciężko mu sprostać, jedynie wzmacniają stopień jego społecznej dyskredytacji. Jeśli przyjrzymy się reszcie bohaterów filmu to ze świecą szukać tam postaci przyjaznych. Jedyną jakkolwiek pozytywną postacią, która pojawia się dopiero w dalszej części historii, jest Paweł Rudnicki (Maciej Shtur) – polityk, który jest celem hejterskiego zlecenia przydzielonego Tomaszowi. Nie ma on wobec chłopaka żadnych uprzedzeń, a także jest szczery w tym, co mówi i robi. Tego po polityku byśmy się nie spodziewali. Być może jest to nawet swego rodzaju prztyczek w nos wymierzony widzowi za przyklejanie łatek innym ludziom, co w rzeczywistości przychodzi nam przecież tak łatwo. Poza tym jednak cały świat wydaje się surowy i nieprzyjazny. Nikt nie darzy Tomasza szczerą życzliwością. Na taki właśnie grunt trafia jego pełna ambicji, lekko zepsuta osobowość, która w poczuciu odtrącenia rozwija w nim motywowaną chęcią odegrania się pasję do niszczenia innych ludzi. Dopiero w niej Tomasz znajduje swe powołanie, którego wyraźnie szukał, wyjeżdżając do Warszawy.

Z przyjemnością, jeśli w tym kontekście można tak powiedzieć, oglądałem również przewijające się wycinki ze współczesnego portretu młodych, często zagubionych ludzi, nawet jeśli były one tylko sygnalizacją niektórych problemów, z którymi się oni mierzą. Świat i język młodzieży są trudne do uchwycenia i w wielu filmach wciąż wypadają sztucznie bądź tendencyjnie. W tej warstwie filmu szczególnie cenne wydaje się świeże spojrzenie scenarzysty. Jako osoba młoda czułem, że filmowe dialogi sam mógłbym usłyszeć na imprezie, w przerwie między zajęciami na uczelni albo odczytać je z historii czatu.

Wizualną koncepcją film często nawiązuje do pierwszej „Sali samobójców”. Momentami lekko odbarwione ujęcia wywołują u widza poczucie chłodu i mroku. Ten zabieg zazwyczaj dotyczy scen, gdy antybohater realizuje swój chorobliwy plan zniszczenia życia ludzi będących jego celem. Kolorystycznie przypomina mi to widok osoby, od której odbija się niebieskie światło monitora. Często z resztą właśnie znad ekranu komputera obserwujemy Tomka, który niczym demoniczny strateg, w białych rękawiczkach, kreuje otaczającą go rzeczywistość. Staje się on odbiciem jego hejterskich działań w internecie. Gdy przynoszą one zamierzone efekty, świat zostaje jakby oświetlony odbarwiającym blaskiem monitorów, którym sami tak często pozwalamy przecież naświetlać nasze życie. Po raz kolejny reżyser sięga także po sceny rozgrywające się wewnątrz gry komputerowej, która i tym razem jest nie tyle samą grą, ile alternatywną dla prawdziwego świata przestrzenią do zawarcia anonimowych znajomości przez internet. Ponownie, okazują się one jednak tak samo nietrwałe i nieprawdziwe jak zmieniające się niczym w kalejdoskopie elementy cyfrowej rzeczywistości. Filmowych bohaterów wielokrotnie oglądamy w zbliżeniu i półzbliżeniu. Przyglądamy im się dokładnie tak jak Tomek. Szukamy na ich twarzach emocji, próbujemy zgadnąć co myślą. Widzimy też i jego samego oraz to jak świetnie udaje. Zakłada określoną maskę w zależności od tego, której potrzebuje w danej sytuacji. Czasem natomiast na jego twarzy nie maluje się kompletnie nic. Pozostaje blade, zimne oblicze wyrachowanego maniaka, który bezwzględnie dąży do celu. Ostatnia, niezwykle wymowna i niepokojąca, scena filmu dobitnie pokazuje, jak antybohater potrafi grać na emocjach innych, jednocześnie kontrolując swoje.

„Sala samobójców. Hejter” podtrzymuje klimat pierwszej części serii, a jednocześnie buduje świat, który zdaje się widza bardziej łudzić i porywać, mimo że wyraźnie chce poruszyć zbyt wiele wątków, by móc każdy z nich rozwinąć w pełni. Pozostawia to pewien niedosyt, ale nie ujmuje jakości przedstawienia głównych problemów. Film stopniowo otacza nas atmosferą tak gęstą, że aż ciężko się ruszyć. Możemy jedynie biernie obserwować pętlę zaciskaną przez hejtera na swoich ofiarach. Pozostaje jednak pytanie, które nieustannie trzymać nas będzie w napięciu: Jak mocno jest on zdolny ją zacisnąć?

skopiuj url:

Partnerzy