Recenzje

"Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic..."

Film: "Ziemia obiecana"

Autor: Natalia zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

   Niewiele jawi się w świecie filmów równie wspaniałych i wybitnych, wypełnionych tymże ideałem niewysłowionym, co „Ziemia obiecana”, która arcydziełem jest niezrównanego w swem kunszcie polskiego reżysera - Andrzeja Wajdy. Znać, iż jego dorobek znamienitym jest, jako przepełnionym wieloma mistrzowskimi, a dziś – niemal kultowymi produkcjami, lecz to właśnie adaptacja genialnej w swej istocie powieści Władysława Stanisława Reymonta jawi się niezaprzeczalnie najczystszym sztuki filmowej wizerunkiem, symbolem tych – dla nas jakże odległych – złotych lat polskiej kinematografii.  

   Zda się, iż Wajda dokonał czynu iście niemożliwego – bo jakże umiejętnie zdołał przenieść na srebrzysty ekran cały konspekt książkowego odpowiednika „Ziemi obiecanej” nie tracąc przy tym jej serca, jej ducha i tej emocji, którą nasiąknięte jest przecie każde niemalże słowo Reymontowskiego dzieła; pozostał w swym czynie całkowicie wiernym Reymontowi, a mimo to „napisał” swoją własną „Ziemię obiecaną”, pozostawił weń cząstkę siebie, tak odmienną, tak charakterystyczną, dostrzegalną, a jednak nie taką, która nazbyt dominuje, nie taką, która przeważa i zatruwa sztukę adaptacji, lecz taką, która koegzystuje w harmonii niepisanie idealnej. Ważnym aspektem jest bowiem fakt, iż wiele wątków czy postaci uległo zmianie dość znaczniej, jednakże nieskrywanej i nierzadko pozytywnej, np. odmienienie relacji między głównymi bohaterami, a przy tym – wykreowanie innych zgoła charakterów. Rzec można – całkiem lecz słusznie, iż zmiany te uczyniły ich bardziej ludzkimi, bliższymi nam, ludziom, których pamięć ulotna, wobec historii lic jakże młoda – nie sięga tychże dni, tychże idei, co Łódź czyniły wielką, rosnącą niezachwianie i bez odpoczynku, okrutnie – jako na cierpieniu najuboższych. Człowiek współczesny nie potrafiłby w pełni pojąć pobudek kierujących książkowym Morycem Weltem czy też Maksem Baumem – a więc Wajda postanowił przemienić ich znacznie, ażeby stali się żywymi, zrozumiałymi – tworząc przy tym postaci niezaprzeczalnie i niespodzianie skomplikowane pod względem odczuwania i postrzegania świata oraz decyzji swych własnych.

   Godnym i odpowiednim jawi się, aby pokłon oddać również samym aktorom – bowiem to oni prawdziwie wlali tegoż ducha w papierowe, jeszcze tedy niedoskonałe ciała. Daniel Olbrychski w sposób niewymownie mistrzowski i prawdziwy oddał hołd postaci Karola Borowieckiego, przekonywał i zachwycał, stawał się nim – zda się więc ideałem, jak gdyby rola ta została mu przeznaczoną. Jednak toż samo trzeba rzec o Wojciechu Pszoniaku – jakże nieodżałowanym mistrzu aktorstwa! Jego Moryc, słowami pana Olbrychskiego, „był do zjedzenia” – co, oczywiście, jawi się wręcz niedopowiedzeniem, jako kunszt aktorski pana Pszoniaka nieraz zdawał się przyćmiewać pozostałych aktorów – był charakterystycznym, wyjątkowym, wyrazistym. Jego kreacja łódzkiego Żyda – natchniona wspomnieniami wielu dni spędzonych w otoczeniu żydowskich dzielnic Lwowa, rodzinnego miasta pana Wojciecha – zachwyca – i zachwyca niebezpodstawnie. Moryc objawia się – w kontraście do książkowego swego odpowiednika - postacią „o charakterze do zakochania” i niezwykle ważną, postępową, gdyż, podług pomysłu samego pana Pszoniaka, filmowy Moryc jawi się osobą nieheteronormatywną – jakże finezyjnie stworzoną, jakże lekko i naturalnie, w sposób pełen szacunku. Jego miłość do Karola Borowieckiego wydaje się być niekłamanie szczerą, nieudawaną – gdyż sami aktorzy nie mogliby zagrać inaczej, jako więź łącząca Pszoniaka i Olbrychskiego lśniła nieraz najżywszym blaskiem w obliczu wielu scen. Grzechem niewybaczalnym byłoby zapomnieć o synu niemieckiego fabrykanta – o Maksie Baumie, w którego rolę wcielił się równie znakomity Andrzej Seweryn – on to oddał słodki, z lekka niewinny i rozmarzony obraz swej postaci, ukazał jego rozterki i wątpliwości, jego nieszczęśliwą miłość do narzeczonej Karola – Anki (granej przez Annę Nehrebecką) o obliczu jakże anielskim, o sercu szczerozłotym. Pani Nehrebecka, pani Jędrusik oraz pani Dykiel – wszystkie jawią się niezapomnianymi w swych rolach, nadają swym bohaterkom charakter wyrazisty, odmienny. Pani Anna ukazuje niewinność i delikatność melancholijnej Anki, pani Kalina olśniewa swą kreacją namiętnej Lucy Zuckerowej, a pani Bożena idealnie odgrywa lekko naiwną, rozczulającą postać Mady Muller. Znać, iż to jeno kilka z wielkich nazwisk aktorów i aktorek występujących w „Ziemi obiecanej”, jednak prawdziwie każda z osób tych zasługuje na wywyższenie, na wieczną glorię.

   Fabularnie filmowa „Ziemia…” nie różni się drastycznie od swego powieściowego pierwowzoru – za wyjątkiem, oczywiście, braku niektórych bohaterów czyliż pobocznych wątków – co nie znaczy jednak, iż jawi się ona bliźniaczą. Przekazuje jednakże wartości też same, ukazuje dramat łódzkiego społeczeństwa – czyliż raczej klasy robotniczej, która życie swe traciła w fabrykach Bucholca, Grunspana czy, finalnie, Borowieckiego. Uwydatnia główny problem kapitalizmu, jakim jest właśnie wyzysk, cierpienie ludzkie, dehumanizacja biednych pracowników. Dostrzegamy wszechobecny kontrast między wielkimi fabrykantami, klasą wyższą, posiadającą – a zwykłymi chłopami, którzy zmuszani są nieraz do pracy ponad własne siły; w jednej minucie olśniewa, oślepia nas blask zdobień i złoceń pałaców i dworków, zachwycamy się dziełami sztuki, bajecznymi, papuzimi sukniami wielkich dam, aby po chwili zatopić się w mglistych, popielatych kłębach nieprzejrzanych dymu, co ociężale spływa z fabrycznych kominów. Widzimy ekstatyczne gesty i eleganckie stroje Maksa, Karola i Moryca, słyszymy toast – za wielką fabrykę, i niemal ironiczne słowa „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic…” – by wnet ujrzeć łódzkich nędzarzy stłoczonych pod fabryką, czekających na okrutną łaskę losu. Sielankowy dworek w Kurowie – jak z feerii, z bajki, czyni kontrast do osnutej duszącym dymem Łodzi. Czyż nie jest to zatem klimat prawdziwie Reymontowski?

   Jednakże czym byłby jeno obraz bez niezapomnianej muzyki Mistrza – Wojciecha Kilara? Wybrzmiewający echem walc tworzy odpowiedni nastrój, dopełnia obraz fabrycznej Łodzi XIX wieku, wzbudza emocje – jakież przedziwne i nienazwane, melancholijne, rozrzewnione, spokojne, a zarazem tak burzliwe; uwydatnia uczucia zrodzone w sercach bohaterów, jawi się elementem nad wyraz istotnym, koegzystuje z postaciami, z wydarzeniami, z samym miastem – bo i ono przecie trwa jako byt żywy.

   Niemożliwym zda się zatem odnalezienie skazy, wady adaptacji „Ziemi obiecanej”. Wszytek objawia się jako ideał niedościgniony – kunszt aktorski, realistyczne ukazanie relacji między postaciami, przepełniona nieopisanym pięknem muzyka, niezwykłe stroje – zgodne z historią, obraz XIX-wiecznej, znaczonej fabrykami Łodzi, wprowadzająca w zadumę atmosfera i dusza Reymontowskiej powieści. Pomimo licznych różnic film ten jawi się więc perfekcją – nieskazitelną, niepowtarzalną, godną najwyższej chwały.

skopiuj url:

Partnerzy