Recenzje

Brodząc w ropie

Film: "Aż poleje się krew"

Autor: Patryk zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Paul Thomas Anderson to bez wątpienia jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów. Film „Aż poleje się krew” (będący luźną adaptacją "Oil" Uptona Sinclaira) to film pieczętującym jego geniusz, swoista filmowa wizytówka, opus magnum twórcy. Dzieło szyte na miarę „Obywatela Kane’a” Orsona Wellesa jest monumentalnym filmowym portretem, portretem machiawelicznej jednostki, bohatera niejednoznacznego, nie dającego się łatwo zakwalifikować.Jest to obraz chłodny, monumentalny, epicki, lecz podskórnie kipiący destrukcyjnymi emocjami. Chciwość, zawiść, niechęć do ludzi to trybiki napędzające Daniela Plainview, który po znalezieniu olbrzymich złóż ropy w pobliżu małego miasteczka obiecuje jego mieszkańcom złote góry, byleby zaprzęgnąć ich do pracy nad własną naftową potęgą. Całą inwestycję sygnuje piękną buźką swojego przybranego syna. Skazany jest on na konfrontacje z miejscowym kapłanem oraz z niszczycielską mocą żywiołu jakim jest ropa pulsująca pod ziemią.Daniel Day Lewis, o którego kunszcie aktorskim nie trzeba nikogo przekonywać, buduje tutaj postać totalną, dopracowując do perfekcji każdy aspekt jej działania, od najmniejszego gestu, przez mimikę po funkcjonowanie na płaszczyźnie interakcji z innymi postaciami. Pozwala to widzowi zjechać w głąb odmętów jego psychiki niczym do ciemnego szybu naftowego, osaczającego, zamkniętego, gotowego w każdej chwili wyrzucić z siebie falę ropy, która niszczy wszystko na swojej drodze. Bohater, którego napędza chciwość. Bohater tragiczny, który sam ściąga na siebie tragedię. Jest to postać podobna do Molierowskiego „Skąpca” opętana żądzą posiadania, aczkolwiek nie mamy tu do czynienia z satyrą, lecz brutalnym portretem psychologicznym, człowieka, targanego „gorączką”, nieufnego i niezdolnego do budowania relacji z innymi, a jednak tak jej łaknącego, umiejącego w najlepszym wypadku rządzić ludźmi. Rywalizacja do dla niego chleb powszedni, coś dla czego ma jeszcze chęć do życia na tym łez padole. Gdy jednak otwiera się, zaczyna cokolwiek odczuwać i ufać komukolwiek oprócz siebie, rzeczywistość depcze jego jedyny przejaw człowieczeństwa, by już nigdy nie pokazał choć cienia ludzkiej twarzy. Pozbawiony empatii, a jednak posiadający sumienie, które objawia się w jego stosunku do tych najbardziej niewinnych, nieskażonych jeszcze widmem walki o pieniądze, ziemię, pozycje: dzieci. W relacji ojca z przybranym synem, możemy dostrzec tlący się jeszcze w głównym bohaterze płomień dobra, jednak relacja ta naznaczona ropą od samego początku, dosłownie i symbolicznie. To właśnie ropa podnieca ten ogień miłości rodzicielskiej. A fasada kochającego ojca wypalając się, ukazuje nam ją: czarną, zimną, wlewającą się w cyniczną dusze Nafciarza, bohatera, który potomka potrzebuje jedynie do budowanie rodzinnej marki. PTA nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi, oceny czynów głównego bohatera, nie potępia go, lecz również nie wybiela, pozostaje bezstronny w osądzie, który zostawia widzowi.W opozycji do postaci Daniela stoi tutaj Ali Sunday: fałszywy prorok, fanatyk religijny, cyniczny biznesmen, SÓL ZIEMI. Osobowość rządna oklasków, chwały, wywyższenia za życia. Powodowany chęcią odwetu za doznane upokorzenia pragnie, by Daniel zaznał tego samego. To konflikt dwóch person niezdolnych do przegranej, dwóch samców alfa walczących o najwyższe miejsce w łańcuchu pokarmowym. Konfrontacja zimnego biznesmena z fanatycznym showmanem religijnym, który pod płaszczykiem troski o interes wspólnoty wiernych kryje podstępną walkę o własny dorobek składający się z pseudo-kościoła i ziemi, na której się on znajduje.Surowe, zimne, brutalne, dopracowane do perfekcji zdjęcia Roberta Elswita (które przyćmiły na oskarach dokonania Rogera Deakinsa w filmie „To nie jest kraj dla starych ludzi”) kreślą nam ponurą rzeczywistość, przestrzeń walki o dominację, brodzący w ropie, odpychający dziki zachód, wyzbyty z amerykańskiej cukierkowości.Długie ujęcia konstruowane przez Paula Thomasa Andersona, z których zresztą słynie, brną przez bezkresne połaje pustyni, by za chwilę wejść w intymną przestrzeń bohaterów zagłębić się w najciemniejsze zakamarki ich duszy. Przytłaczająca, osaczająca, wręcz mechaniczna, chwilami piękna muzyka Jonny’a Greenwood’a wpasowuję się idealnie w opowiadaną historię, będąc świetnym odbiciem stanu wewnętrznego apatycznych charakterów.To kino brutalne, zbudowane na rządzy i nieuchronnie do niej prowadzące, zwieńczone groteskowym, przerysowanym zakończeniem, które łamie obraną konwencję, a jednak idealnie się w nią wpasowuje. Ostateczne starcie nafciarza, który osiągnął wszystko i jednocześnie nie posiada nic, z doprowadzonym do ostateczności, chwytającym się brzytwy kapłanem, chcącym ratować dorobek swego życia jest spełnieniem danej nam w tytule obietnicy, ponurej przepowiedni. Powaga ustępuje tu chimerycznej makabrze, która jest znakomitym dopełnieniem historii.Co by nie mówić o tym filmie, jest to produkt amerykańskiego kina najwyższej próby, mistrzowski formalnie, wyzbyty z amerykańskości ponury sen, dający się interpretować na wielu płaszczyznach i nie dający nam tych interpretacji wyczerpać. Kino wielkie, twarde, surowe, lecz krwiste i sycące. Na kolejny film tej klasy przyjdzie nam sporo poczekać.

skopiuj url:

Partnerzy