Recenzje

Pamiętaj o magicznych słowach

Film: "Malcolm i Marie "

Autor: Sara zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Dlaczego ci sami ludzie raz są jak magnesy różnoimienne, które z niezwykłą siłą przyciągają się do siebie, a raz zmieniają się w odpychające się ciała? „Malcolm i Marie” to film wielkich pytań dotyczących związków, które zadawało sobie wielu z nas, czy to odnośnie własnych relacji, czy relacji naszych bliskich. Wielu ludzi, tak jak bohaterowie tego filmu, zdaje się móc powiedzieć swojemu partnerowi czy partnerce zarówno „kocham” jak i „nienawidzę cię”. Film Sama Levinsona to krótki wycinek z życia pary, o której nie wiadomo, czy powinna być razem, czy się rozstać. A może są to ludzie, którzy nie potrafią żyć ani z sobą, ani bez siebie.

Akcja filmu rozgrywa się przez kilka godzin w nocy, po tym jak Marie i jej chłopak Malcolm wracają do domu po premierze jego debiutanckiego filmu. Reżyser serwuje nam ujęcie na milczącą kobietę palącą papierosa, za którą porusza się rozemocjonowany mężczyzna świętujący swój sukces. Znaczący jest moment, w którym powtarza swoje imię – „Malcolm, Malcolm, Malcolm”. To zapowiedź burzy pełnej pretensji i resentymentów. Uwagę zwraca rodzaj kadrów, na który odtąd często decydują się twórcy. Kamera przesuwa się wzdłuż okien, jakby widz był podglądaczem przyglądającym się cudzemu życiu. Widzimy, jak Malcolm całuje Marie – graną przez przeżywającą rozkwit kariery aktorskiej Zendayę – która jest nieruchoma i chłodna jak kamień. Wiemy, że ta dwójka zupełnie nie jest tak zgraną kompozycją jak mac and cheese – pyszna przyczyna jednego z wybuchów złości.

Przez właściwe cały film oglądamy kłótnie, przesycone emocjami wymiany słów, a także momenty, w których para zdaje się ze sobą godzić. Marie ma żal do Malcolma, że podczas swojej przemowy podziękował wielu ludziom, a o niej zapomniał. Jak to określa sama kobieta, ta sytuacja to pigułka tego, czego brakuje jej w tym związku. Marie czuje się niedoceniana, pomijana i „brana za pewnik”. Jej pretensje przypominają widzowi o czymś ważnym i pozwalają na refleksję nad tym, czy nie przestajemy doceniać osób, które są przy nas tak długo, że wydaje nam się to oczywiste. Marie, będąc nieważne jak blisko Malcolma, czuje się samotna, a na jej twarzy widać pustkę. Uważa, że Malcolm zrobił film na podstawie jej życia, ograbiając ją z prywatności i nawet nie uznaje jej wkładu w swój sukces. W pewnym momencie Malcolm zamiast powtarzać swoje imię, powtarza „Marie, Marie, Marie”. Ale można wątpić, czy wołając jej imię rzeczywiście ma na myśli ją samą, czy chce tylko czegoś dla siebie. Gdy wydaje nam się, że Marie jest oczywistą pokrzywdzoną i obwiniamy Malcolma za to, że nie traktuje jej odpowiednio, film zaczyna skupiać się na punkcie widzenia Malcolma. Okazuje się, że Malcolm pomógł swojej dziewczynie wydostać się z ciężkiego uzależnienia od narkotyków, po tym jak spotkał ją, gdy ta przedawkowała. Teraz widać, że oboje są wobec siebie niesprawiedliwi. Reżyser znowu przypomina widzom to, czego uczyło już wiele filmów – wszystko zależy od tego, kto opowiada historię.

Wymiany zdań między Malcolmem a Marie bardziej przypominają monologi niż dialogi. Najpierw Marie rzuca kamieniami w Malcolma, później na odwrót. Pewnie większość osób zgodzi się, że to co jest piękne w przyjaźni i miłości to fakt, że druga osoba wie o nas prawie wszystko i zna nas nawet lepiej niż my sami. Jednak główni bohaterowie robią z tym faktem coś strasznego. Używają wiedzy o swoich słabościach i czułych punktach, żeby zranić drugą osobę. To jeden z najbardziej przykrych fragmentów filmu. Sprawia on, że widz myśli o tym, żeby nigdy nie zrobić czegoś tak okrutnego jak skrzywdzenie kogoś, wykorzystując jego zaufanie. W pamięć zapada scena, w której Marie bierze kąpiel, siada obok niej Malcolm, a jego słowa zdają się ją zabijać. Gdy Malcolm zostawia ją samą w łazience, Marie rozsypuje się na kawałki. Nie tylko rozmazany makijaż i stygnąca woda podkreślają koszmar, który rozgrywa się w jej głowie, ale przede wszystkim mimika, którą stosuje aktorka. Zendaya samym wyrazem twarzy, bez grama przesady i niepotrzebnych grymasów, przekazuje głębię przeżyć wewnętrznych odgrywanej bohaterki.

„Malcolm i Marie” to specyficzny rodzaj filmu, który nazwałabym kinem dialogu. Fabuła ściśle wiąże się z określonymi postaciami, a akcja posuwa się tylko razem z ich wypowiedziami. Tło nie ma większego znaczenia, liczy się tylko to, co mówią bohaterowie, a akcja w większości zgadza się z realnym biegiem czasu. Taka konwencja jest świetnym sposobem na przeprowadzenie studium relacji międzyludzkich. Choć jest bardzo wymagająca i łatwo zrobić z niej ciężki do oglądania film, to moim zdaniem twórcy „Malcolma i Marie” stanęli na wysokości zadania. Kadry sprawiają satysfakcję pod względem estetycznym, a Zendaya wraz z Johnem Davidem Washingtonem tworzą wiarygodne kreacje, w których wiele osób może zobaczyć cząstkę siebie, swoich wad czy nawet własne odbicie. Seans „Malcolma i Marie” to w dużej mierze przyglądanie się temu, jak ludzie robią coś źle i nie radzą sobie w relacji. Może warto wyciągnąć z tego coś dla siebie? Chociaż nauczyć się częściej mówić „dziękuję”. Słowa, którego Marie brakowało najbardziej.

 

skopiuj url:

Partnerzy