Recenzje

Groteską do serca...

Film: "Bękarty Wojny"

Autor: Zofia zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Jednym z najbardziej specyficznych reżyserów należących do mainstreamu należy Quentin Tarantino, którego nazwisko właściwie trudno przegapić, bywając nawet zwykłym okazjonalnym gościem kina lub piątkowym odbiorcą telewizji, która w późniejszych godzinach zaserwuje jego film starszemu obywatelowi, gdy jego młodsze rodzeństwo lub pociechy udały się już do łóżka. Obejrzawszy kilka jego produkcji, w oczy rzucają się pewne wizytówki, które charakteryzują filmy, pod którymi się podpisuje i pozwalają nawet bez znajomości reżysera podczas seansu powiedzieć „Czy to nie przypadkiem Tarantino? Nie ma innej opcji…”

Bękarty Wojny – oto film bardzo w jego stylu, łączący chyba najwięcej elementów wspólnych wszystkich dzieł Tarantino, które dane mi było zobaczyć. Mamy kilka wątków, którymi reżyser bawi się i splata ze sobą, tworząc siatkę zdarzeń wpływających na siebie nawzajem. Jest grupa amerykańskich żołnierzy polująca na Niemieckie oddziały w Europie (tytułowe Bękarty), SSman, który karierę poświęcił ściganiu Żydów, czy też francuska żydówka zbiegła do Paryża, gdzie otworzyła własne kino, a wszystko to zamknięte w ramach drugiej wojny światowej, zapożyczając z niej postacie historyczne, które mimo znikomej roli w samej fabule filmu, potrzebne mu są do osiągnięcia celów… typowo komediowych, na które składają się inne zabiegi nagminnie przez niego stosowane. Można właściwie powiedzieć, że dość wyjątkowa i nieco ciężka odsłona humoru prezentowana widzom przez reżysera opiera się w jakimś stopniu właśnie na tych powiązaniach między bohaterami i ich działaniami, którzy podczas trwania całego filmu mogli nie zamienić ze sobą ani słowa – Tarantino zręcznie wykorzystuje efekt motyla, by w punkcie kulminacyjnym wprowadzać zwroty akcji i przeciągnąć wielowątkowość na swoją stronę, jak podczas zamachu na Adolfa Hitlera w kinie zaplanowanego przez dwie niezależne od siebie strony. Mimo tych kilku odnóg, historia jest jednak w pełni zrozumiała i raczej niełatwo się w niej zgubić, za co reżyserowi na pewno należy się duży plus, ponieważ zachowanie takiego rodzaju produkcji od zamiany w trudną do ogarnięcia sieczkę do zadań łatwych z pewnością nie należy.

Jednak tym, co uderza w widza najbardziej, z pewnością jest groteska, w której Tarantino pływa niczym ryba w wodzie, którą można spotkać w każdym jego dziele i najeść się nią do syta. Ilość przemocy i nieprzyjemnych widoków w Bękartach Wojny bez wątpienia rzuca się w oczy podczas seansu, zapewne odrzucając nieco wrażliwszych widzów, jednak to na tym opiera się interesujący klimat filmów amerykańskiego reżysera, który ten łączy dodatkowo z mocnym naginaniem faktów historycznych w swoich dziełach i zmienianiem ich biegu, jeśli już osadza świat filmu w jakimś konkretnym miejscu i czasie. Bywa to momentami konfundujące – odbiorca nastawia się na konkretną ramę i przebieg niektórych zdarzeń, a dostaje kompletnie coś innego, co łamie schematy ustalone przez rzeczywistą historię. Kiedy pod koniec filmu Adolf Hitler, który teoretycznie powinien żyć do okupacji Berlina w 1945 roku, płonie wraz z najważniejszymi oficerami i urzędnikami III Rzeszy w paryskim kinie, jest to co najmniej szokujące przeżycie, znając faktyczne losy nazistowskiego przywódcy. Również jasno zaznaczeni antagoniści, którzy specjalnie są napisani tak, by pałać do nich odrazą lub zwyczajnie życzyć im śmierci na ekranie, wspaniale służą ku usatysfakcjonowaniu widza, który wchodząc w brutalny świat filmu, z zadowoleniem patrzy na przeróżne okropności, które przytrafiają się zepsutemu „złoczyńcy” pod koniec – kto nie czuł choć odrobiny poczucia zwycięstwa, kiedy ostatki Bękartów zostawiły nożem swastykę na czole obecnego w roli „tego złego” Hansa Landy, głównego bohatera strony niemieckiej? Dając ponieść się brutalnej rzeczywistości produkcji, można dać się wciągnąć w czerpanie dziwnej przyjemności lub rozbawienia masakrą dziejącą się na ekranie, która nie stara się być ani na siłę poważna, ani bardzo śmieszna – po prostu zgrywa się z ironią losu i subtelnymi elementami specyficznej komedii na ekranie.

Mieszanką dramatu, elementów komediowych i filmu akcji, stworzenie ciekawego i godnego uwagi połączenia jest wbrew pozorom dość trudne. Popuszczanie wodzy wyobraźni, przy okazji zachowując umiar wymaga odpowiedniego wyczucia, którym odznacza się w Bękartach Wojny Tarantino. Jest to produkcja na tyle lekka (wbrew temu, co się tam dzieje) i przyjemna, że z zadowoleniem obejrzałam ją co najmniej 3 razy, chcąc zrobić sobie przerwę od nużących obowiązków i szarej rzeczywistości. Potraktowana odpowiednią dawką abstrakcji oraz rozgrywającego się tam armagedonu, za każdym razem czułam się dziwnie odświeżona, mogąc doświadczyć przez telewizor czy telefon dążenia filmu do punktu kulminacyjnego i jestem przekonana, że nie tylko na mnie wywarł on takie wrażenie. Jeśli komuś odradzałabym spróbowania cieszenia się tym filmem, to jedynie młodszym odbiorcom, lub też osobom wolącym unikać scen przemocy i rozlewu krwi… choć doprawdy wartym uwagi jest fenomen produkcji Quentina Tarantino z Bękartami Wojny na czele.

skopiuj url:

Partnerzy