Recenzje

Ucieczka w kosmos

Film: "Pierwszy Człowiek"

Autor: Maria zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Unikatowy na miarę naszych czasów Damien Chazelle znowu to robi. Zachwyca, uwrażliwia, czule trafiając w serce.

Już sam tytuł jego nowej produkcji naprowadza nas do stwierdzenia, iż mimo dość mylącej kampanii promocyjnej, „First Man” wcale nie wprowadzi nas w szczegóły pierwszej wyprawy człowieka na Księżyc, nie przybliży notki biograficznej znanej postaci, którą dziś młodzież dostrzeże jedynie jako kilkuzdaniową wzmiankę w podręcznikach szkolnych. W „Pierwszym Człowieku” to właśnie czująca jednostka pełni najbardziej absorbującą i znaczącą rolę – on, Neil Armstrong, rozszarpany emocjonalnie po tragicznej śmierci córeczki Karen, półetatowy ojciec dla dwójki synów, widocznie niesprawdzający się w roli opiekuna domu i równego partnera mąż Janet. Twórcy jak najdalej odbiegają jednak od stereotypowego zabiegu „od zera do bohatera”, a głównym celem odbiorcy, nasuwającym się już po kilku minutach spędzonych w towarzystwie tej gorzkiej postaci, jest bliskość z Neilem w jego najgorszych momentach; odkrycie jednego z najważniejszych motywów we współczesnej historii Ameryki ze strony zwykłego człowieka, który lotem w kosmos postanowił nie tylko skonfrontować się z własnymi ambicjami i gorącą pasją, narażając się na czujne oko całego globu oraz kąśliwe prasowe doniesienia, lecz przede wszystkim zmierzyć się z niełatwą przeszłością, determinującą poniekąd niestabilnego psychicznie ojca, który nie potrafi pogodzić sięz niewyobrażalnie bolesną stratą dziecka. Nie chodzi tu wcale o niezapomniane, pełne epickości wrażenia czy stałe podbudowywanie i tonowanie emocji podczas scen rozgrywających się w przestrzeni kosmicznej, co mieliśmy już przecież okazję przeżyć choćby dzięki genialnej „Grawitacji”, gdyż, choć i w tym przypadku motyw podróży z ekipą NASA odwzorowany jest bardzo realistycznie – niekiedy nie sposób pominąć odczucia, iż grupa realizacyjna ociera się o perfekcję – to Neil jest dla widza najważniejszym elementem projektu. To za nim podążamy, to jego filtrujemy, to on odkrywa przed nami swe największe słabości.

Już od pierwszej sceny osadzonej się w ciasnej kapsule NASA, w której Neil odbywa próbne manewry przed misją Apollo 11, wiadomo z jaką produkcją mamy do czynienia – kamera mocno drży i chwieje się w rytm każdego wstrząśnięcia mechanizmem, samo wnętrze jest zaskakująco wierne oryginałom z lat 60., a znany z poprzednich produkcji Chazelle’a fokus padający na twarz Goslinga, obserwujący nawet drobne detale ekspresji sprawiają, iż podczas seansu obraz dosłownie przenosi nas na miejsce sterownika, dzieląc z nim te same emocje, z potem na twarzy, wycieńczeniem w oczach. Warstwa realizacyjna jest wyrazem ogromnego profesjonalizmu, dzięki czemu obraz tak bardzo skupiony na emocjonalnych przeżyciach głównego bohatera nie odbiera nam w żadnym stopniu epickich doznań, jakich w znacznej większości produkcji okołokosmicznych mamy okazję zaznać. Warto na moment odwrócić się jednak od zadowalającej części montażowej i godnych uwagi efektów specjalnych, by pochylić się nad o wiele bardziej znaczącą dla nas fabułą i motywami scenariusza. Duet Goslinga i wcielającej się w rolę jego żony Claire Foy jest gorący, tętniący uczuciowością, lecz jednocześnie perfekcyjnie ukazujący to, jak z pozoru kochające i zgodne małżeństwo, które sama Janet wyobrażała sobie jako prowizoryczną ostoję stabilności u boku ustatkowanego partnera, może za sprawą niepowodzeń powoli, lecz niemniej boleśnie legnąć w gruzach. Chemia między tą dwójką jest elementem, który spaja i prowadzi nas przez cały seans, przez co zapowiadana sensacja o superbohaterze przeobraża się w pełen goryczy i melancholii dramat rodzinny, w którym tak komfortowo czuje się wprawiony w tematykę samotności i niespełnionych ambicji reżyser. „First Man” to sentymentalny portret rozpadu więzi. Wdzięczna relacja z wyprawy w kosmos stanowi tu jedynie wątek poboczny, czego Chazelle wcale zdaje się nie ukrywać, lecz na każdym kroku przypomina o czym ma zamiar mówić głośno, a które elementy konsekwentnie pomijać. Co wielu nieznających twórczości Chazelle’a zapewne zdziwi, nie znajdziemy tu technicznych nowinek ani nie zagłębimy się w kontrowersje związane z amerykańskim podbojem Wszechświata – przestrzeń kosmiczną zastąpiła bowiem przestrzeń psychiczna, której uleczeniem zdaje się być jedynie przeniknięcie do odległego uniwersum, co Neila kosztować może najwyższą stawkę.

Co zatem znajdziemy w tej pełnej sprzeczności biografii? Z pewnością przed seansem „First Man” należy spodziewać się licznych nawiązań do poprzednich filmów reżysera, w których główną rolę odgrywa skupienie na wizji postaci, cięte dialogi, których mocne oddziaływanie zostaje w odbiorcy na długo po projekcji. Natomiast scenariusz bazowany na powieści J. Hansena na tle całego dorobku reżysera wydaje się być niestety zbyt przeciętny, a w zestawieniu z dziełami pokroju ,,Whiplash’’, których pomimo zupełnie różnej, nieszablonowej tematyki słowna werwa, temperament i bezbłędna aktorska improwizacja wyrywały z butów, pozostawia on niedosyt. „First Man” to znacznie bardziej ustatkowana i od początku zdająca się być pogodzoną ze swoją skromnością i wyciszeniem charakterystycznym dla niezależnego dramatu produkcja, w której prosi się o znacznie więcej wyrzucenia brudnych emocji na wierzch, co ujawnia się niestety tylko podczas najostrzejszej kłótni tuż przed odjazdem Neila, choć nawet wtedy zachowawczość i powściągliwość Goslinga zdecydowanie nie pasuje do rozgrywających się, tętniących burzliwą mieszanką oskarżeń wydarzeń. Całą tę przerwaną i niedopracowaną atmosferę żałości i gniewu na szczęście podbija nam wówczas soundtrack skomponowany przez autora muzyki do „La La Land”, który po raz kolejny nie zawodzi i z wpadającym w pamięć motywem przewodnim zabiera nas w podróż od sentymentalnej przeszłości Neila, po rzeczywistość, której dzielnie musi stawiać czoła oraz niepewną przyszłość, z których całość zamyka w wysublimowanej ścieżce dźwiękowej na naprawdę wysokim poziomie. Warto również napomknąć o precyzyjnej pracy kamery i fenomenalnych zdjęciach L.Sandgrena, które na „najwyższym C” udowadniają swoje niesamowite osiągi szczególnie w sekwencji kosmicznej, w której przepadamy w otchłań tych głębokich głównie skupionych na drobnych detalach, które w starciu z tak masywną do przedstawienia przestrzenią, spełniają swoje zadanie w 100%, tworząc nastrój zaskakujący dbałością o smak i ultranowoczesnym realizmem.

„First Man”, to opowieść o człowieku, który przed odpowiedzialnością i życiowymi kłopotami, z którymi rozedrgany emocjonalnie nie potrafił sobie poradzić – uciekł w kosmos. Jest głębokim, refleksyjnym i zabójczo głośnym w braku swej wylewności obrazem, który zapewne wielu widzów przygotowanych na podbijanie i studzenie emocji w krótkich odstępach czasowych, sromotnie zawiedzie. Szanuję opinie nieusatysfakcjonowanej części widowni, gdyż osobiście czułam niemały strach przed sięgnięciem po dzieło reżysera z gatunku odległego niż jego poprzednie produkcje. „First Man” to film z zupełnie innej półki. Nie należy spodziewać się po nim dawki wiedzy o astronautyce, scen rodem z dobrej sensacji, które na moment nie pozwolą nam oderwać wzroku z ekranu. To nieidealna, lecz opowiedziana sercem, finezyjna opowieść z zaskakująco zadowalającą pierwszoplanową grą aktorską Goslinga i genialnej Foy. W „First Man” ukryjemy swoje lęki, na krótką chwilę pochylimy się nad wycinkiem życia postaci, wokół której z biegiem lat powstaje niezliczona ilość teorii spiskowych, z których część Chazelle stara się rozwikłać i w przystępny sposób objaśnić. Z pewnością nie jest to najwyższy stopień jego reżyserskiego polotu, filmowi do ideału brakuje naprawdę sporo, a brak wyrazu i porządnego przytupu podczas bardziej wymagających scen odbiera motywację do sięgnięcia po kolejne minuty – w żadnym razie nie warto się temu poddawać, lecz obserwować ewolucję widzianą oczami tego utalentowanego młodego twórcy. To produkcja w punkt wymierzona i znakomicie zagrana – warta uwagi pocztówka z życia Armstronga.

skopiuj url:

Partnerzy