Recenzje

Cena doskonałości

Film: "Czarny łabędź"

Autor: Jagoda zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Mroczna sceneria. Nieśmiały blask reflektorów. Z ciemności wyłania się postać niewinnej, wdzięcznej baleriny. Stawiając pierwsze kroki, wciąga widza w astralną podróż do świata baśni. Jednakże w ułamku sekundy idylliczny nastrój zostaje zburzony. Na scenę wkracza nowy bohater – okrutny czarnoksiężnik. Przerażona dziewczyna zaczyna uciekać, ale jest już za późno – mężczyzna wyciąga w jej kierunku dłoń i rzuca zaklęcie... Na jej miejscu wynurza się Biały Łabędź.

Nie bez przyczyny mówi się, iż scena otwierająca nadaje ton całemu dziełu. W przypadku filmu „Czarny łabędź” (2010) mamy do czynienia z fenomenalną pracą reżysera Darrena Aronofsky'ego, jak i operatora Matthew Libatique’a. Dynamizm kamery, której nie umyka żaden piruet czy arabeska sprawia, że zatracamy się w tańcu Odetty z Rotbartem. Co więcej, akt ten jest niezwykle ważnym elementem na drodze do zrozumienia psychiki protagonistki, Niny Sayers (Natalie Portman), której marzenie zostaje ukazane na ekranie właśnie poprzez tę marę senną.

Jednak niedługo potem fantazja przeistacza się w rzeczywistość. Nina dostaje rolę Królowej Łabędzi w najnowszym spektaklu cenionego choreografa – Thomasa Leroya (Vincent Cassel), rozpoczynając tym samym swą przemianę. Z naiwnej i cnotliwej, żyjącej w różowym pokoju pełnym pluszaków dziewczynki przeobraża się w wyzwoloną, uwodzicielską, a zarazem niezrównoważoną kobietę. Zdziera z siebie delikatne szaty Białego Łabędzia, by przywdziać wyraziste, a wręcz mroczne odzienie Czarnego. Wypiera dobro, jednocześnie witając destrukcję.

Kto by się spodziewał, że w finale filmu widz będzie się zastanawiał, kim tak naprawdę jest Nina – schizofreniczką, chorą na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, osobowością anankastyczną czy może najzwyczajniej w świecie wariatką?

Wydawałoby się niemożliwością, aby spełniała wszystkie te kryteria na raz, a jednak chwilami nie można odeprzeć wrażenia, iż faktycznie tak jest. Na osłodę, do już rozbudowanej listy objawów i możliwych dysfunkcji, można jeszcze dopisać zaburzenia odżywiania. Co prawda, w tym przypadku nie jest to tak wyraziście ukazane, ale na moje oko doszukiwanie się czegoś więcej nie stanowi w żadnym razie egzageracji. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy zestawienie tylu pozornie niezwiązanych ze sobą symptomów stanowi celowy zabieg reżysera, czy może wynika ze zwykłego niedoinformowania.

Osoby interesujące się zgłębianiem tajemnic ludzkiego umysłu z pewnością zauważą także nawiązania do freudowskiej teorii psychoanalitycznej, tj. drugiej topiki – triady id-ego-superego. Co ciekawe, korelacje te nie są ukazane wyłącznie poprzez zachowania baleriny, lecz znajdują również swoje odniesienie w postaciach jej towarzyszących.

Id jest pierwotną, impulsywną, a także nieświadomą częścią osobowości. Stanowi ono źródło wszelkich popędów i instynktów. Domaga się natychmiastowego ukojenia i przyjemności, którym trudno się oprzeć. Zostaje to doskonale przedstawione w momencie, gdy Nina za namową Thomasa oddaje się seksualnej ekstazie w zaciszu pokoju. Dodajmy do tego scenę wyimaginowanego lesbijskiego seksu i otrzymujemy obraz, który dla wielu dodawałby jedynie pikanterii, ale dla mnie stanowi podłoże do zrozumienia mechanizmów kobiecości ukazanych w filmie. Co więcej, to właśnie wspomniany przed momentem choreograf stanowi aspekt podświadomości bohaterki, który nakazuje jej zatracić się w tańcu i emocjach. Nieustępliwie powtarza, że „doskonałość to nie tylko samokontrola, to też szaleństwo”.

Dalej, instancją reprezentującą zdrowy rozsądek oraz obejmującą funkcje intelektualno-poznawcze jest ego. To ono stoi za “mediacją” pomiędzy żądaniami id a realiami świata. Niewiele można go ujrzeć w zachowaniach Niny, gdyż na żadnym etapie nie odnajduje ona prawdziwej równowagi – popada ze skrajności w skrajność. Natomiast uwidacznia się ono w konkurentce dziewczyny – uwodzicielskiej Lily (Mila Kunis), która jest dokładnie tym, do czego dąży protagonistka. Nie boi się ekspresywności, a co ważniejsze widać w niej nieokiełznany ogień, który zaskakuje, wzbudza emocje. Dochodzi nawet do tego, że podczas jednej z halucynacji twarz Lily zlewa się z doppelgängerem Niny. Zabieg ten jest dobitnie podkreślony poprzez montaż i zdjęcia filmowe.

Na ostatek pozostaje superego. Nietrudno odgadnąć, że jego głównymi zadaniami są: sprawowanie kontroli, ucieleśnianie powszechnie akceptowanej etyczności społecznej i poskramianie id. W tym przypadku, to Erica (Barbara Hershey), apodyktyczna matka bohaterki, jest jego reprezentantką. Kreuje nam się tu obraz zaborczej, kontrolującej i moralizatorskiej rodzicielki, która nie potrafi rozstać się z dorosłą córką i pozwolić jej żyć własnym życiem. Chwilami można nawet odnieść wrażenie, że marzenia o wirtuozerii nie należą wcale do Niny, lecz do matki, która zresztą jest niespełnioną baletnicą. Wydaje mi się, że po obejrzeniu paru scen ukazujących ich wzajemną relację, nie sposób nie zrozumieć, skąd się bierze chora obsesja dziewczyny na punkcie perfekcji.

W tym momencie czuję się zobowiązana, aby wspomnieć o artystycznym trio – Marku Heymanie, Andresie Heinzowi i Johnie J. McLaughlinie, czyli o osobach, bez których dogłębna analiza psychologiczna postaci nie byłaby możliwa. To do nich należała praca stworzenia fabuły, charakterystyki bohaterów, przebiegu akcji oraz oczywiście dialogów. Sprawili, że każdy kolejny niuans podbudowuje wartość filmu, jednocześnie subtelnie prowadząc do nadchodzącego upadku.

Przechodząc do zagadnienia stricte technicznego należałoby w końcu określić gatunkowość „Czarnego łabędzia”. Otóż nikogo raczej nie zaskoczy fakt, iż jest to thriller psychologiczny. I jako że nie jest to pierwsze dzieło Aronofsky’ego o takiej stylistyce, pozwolę sobie wysnuć wniosek, że czerpie on satysfakcję z tworzenia dzieł opowiadających o autodestruktywnych zachowaniach i głęboko wnikających w psychikę ludzką. „Zapaśnik” oraz „Pi” tworzą wraz z „Czarnym łabędziem” wszechstronny obraz współzależności między geniuszem, perfekcją a szaleńczą obsesją.

Ponadto, film silnie oddziałuje na widza za pomocą układów linii, barw (zestawienie czarnego z bielą), a także muzyki. Nie potrzeba ekstrawaganckich efektów specjalnych, aby przykuć wzrok i wywołać emocje. Przejmująca muzyka Piotra Czajkowskiego z „Jeziora łabędziego” w różnorodnych aranżacjach kompozytora Clinta Mansella nadaje eteryczny i jednocześnie pełen napięcia klimat, pogłębiając wrażenia wizualne. Co więcej, libretto sztuki baletowej jest imponująco dobrze wkomponowane do filmu, kontrastując z transformacją Niny. Jeśli chodzi o pracę kamery, to należy podkreślić, że niemal nie opuszcza ona protagonistki – podąża jej śladami, czy to na scenie, czy w drodze do domu.

Nie można również zapomnieć o ruchu, który stanowi przecież fundament „Czarnego łabędzia”. Taniec nie pełni tu jedynie funkcji techniczno-estetycznej, ale też i semantyczno-psychologiczną. Opowiada dwie odrębne, choć przenikające się historie. Pierwszą o dziewczynie zamienionej w łabędzia, której książę zakochuje się w innej, a ona się zabija. Drugą o dziewczynie, która zatraca się w szaleństwie, aby tylko doświadczyć transcendencji, poczuć się doskonałą. Żadna z nich nie boi się dokonać ostatecznego kroku, nie cofnie się przed niczym.

Finalnie zwyciężają cierpienie i obsesja. Są one przyczyną destrukcji, upadku Niny, jednocześnie prowadząc do jej swoistego wyzwolenia i scalenia. Narodzony w pierwszej scenie Biały Łabędź zostaje przybrudzony krwią.

Strzelba z pierwszego aktu musiała wystrzelić.

 

skopiuj url:

Partnerzy