Recenzje

Babcia wchodzi na dach

Film: "Kłamstewko"

Autor: Jan zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

XXI wiek. Światem rządzi fałsz i nieszczere intencje. Obłuda rozdaje karty, a każdy, kto chce podjąć wyzwanie gry, musi założyć maskę cynizmu. Pośród tych kłębiących się obłoków kłamstw jest ona- prawdziwa, autentyczna, szczera do bólu historia - „Kłamstewko”. To oksymoroniczne zestawienie może zdawać się bezsensowne, ale jest kluczem do zrozumienia istoty filmu.

Dzieło jest swoistą spowiedzią reżyserki. Przemawiając do nas przez postać swojej filmowej alter ego- Billi, twórczyni snuje opowieść o dylemacie przed którym stanęła i rozlicza się z przeszłością. Zapewne dlatego właśnie dzieło Lulu Wang zdaje się być tak namacalnie autentyczne. Życie przeplata się z kinem, a wszystko doprawione jest szczyptą trafnej satyry. Bezskuteczne jest tu szukanie idealizacji i podkoloryzowanego dowcipu. Reżyserka serwuje nam samą prawdę i tylko prawdę. W tym wypadku niezakłamaną historię - o kłamstwie. Paradoks sięga jeszcze dalej, mieszając wewnętrzny płacz i bezsilność, z zewnętrznym uśmiechem. Amerykańsko- chińska produkcja wplata humorystyczne anegdoty pomiędzy melancholijne rozmyślania nad sensem fundamentalnych w życiu wartości, pozostając przy tym w dobrym tonie.

„Kłamstewko” to opowieść o 30-sto letniej Billi, która nadal szuka swojego miejsca we wszechświecie. Mieszka w USA, ale urodziła się w Chinach i tam spędziła wczesne dzieciństwo. Mimo setek mil dzielących ją z częścią jej rodziny, dziewczyna utrzymuje dobry kontakt ze swoją babcią - Nai Nai. Kobiety często konwersują przez telefon i mimo oceanu, który je odgradza, są sobie bliskie. To właśnie tu- w początkowych scenach odkrywa się przed nami pierwsze kłamstewko. Seniorka, żeby nie martwić wnuczki zataja przed nią swoją wizytę w szpitalu. Jak się potem okazuje, wizytę, która zradza następne, większe kłamstwo. Nai Nai jest chora na raka, lecz nie jest tego świadoma. Wie o tym natomiast jej rodzina. Jak jest to przyjęte w Chinach- familia postanawia zataić fakt choroby przed babcią. Pod pretekstem ślubu kuzyna Billi, bliscy jednoczą się, by spędzić ostatnie chwile wraz z nieświadomą Nai Nai.

Niczym yin i yang, reżyserka zestawia ze sobą zachodnią indywidualność i wschodnią rodzinność. Poprzez protagonistkę nadaje kształtu przemyśleniom na temat obu kultur, unaoczniając ich wady i zalety. Billi uosabia rozdarcie pomiędzy miejscem jej narodzin, a światem, w którym spędziła większą część swojego życia. Bohaterka jest niezależną i silną kobietą, a dzięki dobrej relacji z babcią i wspomnieniom z dzieciństwa, koegzystują w niej pierwiastki obu kultur. Reżyserka uchyla nam też rąbek tajemnicy azjatyckiej recepty na szczęście. Istota rodzinności dla Azjatów jest czymś fundamentalnym. Wspólne posiłki, święta, wzajemny szacunek; niby to trywialne, przereklamowane banały, ale od setek lat gromadzą ludzi przy jednym stole, przy którym oprócz dobrego jedzenia dzielą się także miłością. Uczucie ciepła i troski, którymi, pomimo ambarasu, emanuje ognisko domowe filmowej rodziny Chińczyków, daje do zrozumienia, jak kluczową rolę odgrywa rodzina, w naszym nieczułym świecie. Każdy, bez wyjątku przyjmuje na siebie jarzmo prawdy, każdy stara się ciągnąć dalej spiralę mniejszych i większych kłamstewek. Ta filozofia myślenia buduje swojego rodzaju tarczę, która ochrania członków tej małej społeczności, rozkładając problem równomiernie na wszystkich.

Dzieło obrazuje też, jak współczesny świat sprowadza śmierć do tematu tabu, mimo, że jest ona czymś naturalnym- jak narodziny. „A jak miałam ci powiedzieć? Babcia weszła na dach?”- puentuje mama Billi podczas ich pierwszej rozmowy o chorobie babci. Mogłoby się zdawać, że to wyłącznie humorystyczna riposta, ale kryje się w niej coś głębszego. Coraz mniej przygotowuje się nowe pokolenia na utratę bliskich. Chcemy, żeby wszystko było w stosunku do nas delikatne, przychylne, w ten sposób odsłaniając się na niespodziewany cios od losu. Zanika też umiejętność poważnej rozmowy o kresie życia, a frazy typu „Babcia weszła na dach.” zdają się stawać powszechną techniką rozmów na ciężkie tematy.

Dla zachodniej kultury zatajanie nadchodzącej śmierci przed chorym może wydawać się moralne nieakceptowalne. Załatwianie ostatnich spraw, godzenie się z dawnymi wrogami i przebaczanie stały się częścią zachodniego rytuału odchodzenia, i pewnie wielu z nas nie wyobraża sobie zakończyć bez nich ziemskiej wędrówki. Azjatycki pogląd na tę sprawę jednakże nie jest pozbawiony sensu. Zatajanie diagnozy jest umotywowane przekonaniem o toksyczności strachu, który paraliżująco osłabia umierającego. Zamiast odchodzić w lęku, chorzy spędzają ostatnie chwile w radości, z bliskimi. Podczas seansu, razem z Billi, przeżywając gehennę bezczynności, coraz bardziej zaczynamy kwestionować zachodni sposób patrzenia na sprawę umierania.

Awkwafina wykreowała osaczoną przez niepokój bohaterkę, w której kotłują się emocje. Umiejętnie prowadzi postać przez labirynty myśli, wahającą się, czy solidarnie trwać w tytułowym kłamstewku. Dużym zaskoczeniem jest, że aktorka, dotychczas grająca partie komediowe, tak dobrze wpasowała się w postać zagubionej Billi. Rozpostarła wachlarz swoich umiejętności aktorskich odsłaniając zarówno swój kunszt komediowy, jak i warsztat dramatyczny. W postaci, którą wykreowała z łatwością możemy dostrzec cząstki siebie, a autentyczna bezradność i wymuszone uśmiechy które śle do filmowej nestorki rodu potrafią mocno chwycić za duszę.

Na docenienie zasługuje również debiutująca na ekranie Shuzhen Zhou grająca Nai Nai. Jej kreacja aktorska jest archetypem babci idealnej i uosobieniem empatii. Z troską, charakterystyczną dla wszystkich babć dba zarówno o sprawy sercowe wnucząt, jak i o poziom napełnienia ich żołądków. Rak płuc nie przeszkadza jej, w byciu przebojową i energiczną jak żywy ogień. Niesamowita pogoda ducha i ciepło promieniujące od niej w każdym kadrze, potęguje wstrząsająco smutną perspektywę nadchodzącej śmierci. W duecie z Awkwafiną uzewnętrzniają istotę zrozumienia między babcią i wnuczką. Mimo licznych półprawd i odległości dzielącej je na co dzień, każda ich rozmowa daje wrażenie, jakby ich dusze były splecione.

Warstwa audiowizualna filmu jest prawdziwą ucztą dla zmysłów. Miejskie pejzaże i hipnotyzująco barwne, przydrożne banery, zamknięte w statycznych ujęciach oddają czarującą aurę kameralności filmu. Ciepła, lekko przygaszona kolorystyka zdjęć nadaje intymnego charakteru, a chwilami kiczowata scenografia emanuje gościnnością i swojskością, kojąc tragizm filmowej rzeczywistości. Rozmyta łuna ulicznych świateł uwydatnia stagnację i niepewność głównej bohaterki. Wizualna lekkość jest skontrastowana z ciężkimi w brzmieniu, klasycznymi wyborami muzycznymi, które manifestują beznadziejność sytuacji.

Sama fabuła jest uboga w akcję inną, niż na płaszczyźnie emocjonalnej, więc, by w pełni zrozumieć meritum filmu, musimy pozwolić sobie na dozę wrażliwości. Cała unikatowość tego dzieła jest wzniesiona na fundamencie współczucia, bez którego produkcja może zdawać się zgoła prozaiczna. By de facto pojąć tragizm osnuwający opowiedzianą historię, musimy podążyć za bohaterami, nie wyczekując nagłych zwrotów akcji.

Niczym jaśminowa herbata, historia chińskiej rodziny rozgrzewa nas od środka. Przypomina nam prawdziwą rolę domowego ogniska, a intymna forma opowieści sprawia, że czujemy się jak w rodzinnym gronie. Obraz Wang trzyma nas przez cały seans w objęciu melancholii, a słone łzy i szczery uśmiech przenikają się, zacierając między sobą granice. Czułość kipiąca z tej mieszanki emocji wypełni nas dogłębnie, a opuszczając nas po napisach końcowych pozostawi silne uczucie nostalgii i bezmiar przemyśleń o poruszonych wątkach społeczno- kulturowych. Mimo, że zwiastun wskazuje, że to komedia, okazuje się, że film jest nawet czymś lepszym- głębszym, a takie kłamstewko łatwo wybaczyć.

skopiuj url:

Partnerzy