Recenzje

Śnię... i niech nikt mnie nie budzi

Film: "Zabij to i wyjedź z tego miasta"

Autor: Filip zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Uciekaj! Ile tchu, ile sił w nogach. Wracaj, by przeżyć od nowa. Zachowaj przy sercu i napraw co można. Co boli, co kulą u nogi – zabij i zakop, głęboko! Ostateczne pożegnanie- zdaje się cicho krzyczeć „Zabij to i wyjedź z tego miasta”.

Pierwsza scena, z ciemności wyłania się postać, jedynie delikatny żar papierosa nadaje kadrze koloru. Ona się budzi, on wstaje gasząc jedyne źródło światła. Tajemnica, cień i kreska. Czy on ukrywa, że pali? Może to nie ma znaczenia? Nasuwające się pytania będą się kumulować z biegiem oglądania filmu tworząc ciężar niedopowiedzianego i niezamkniętego wewnętrznego bólu ciemiężącego „ja” każdego widza. Wszystko okraszone schematem dopełnieniowym barw, przeciwstawnych ciemnych odcieni niebieskiego oraz ciepłego żółtego i pomarańczowego nadających niepowtarzalny ponury klimat. Kontrasty w monumentalnej, tworzonej 14 lat animacji będą pojawiać się nieustannie, niejednokrotnie powodując poczucie dyskomfortu.

Fabuła w dalszym etapie figuruje wokół zmordowanej życiem kobiety, której imienia nie pamiętam. Zostało ono wypowiedziane zbyt rzadko (o ile w ogóle). W takich warunkach z łatwością wcielamy się w protagonistkę. W przygnębiających , karykaturalnych liniach postaci odnajdujemy prawdziwego siebie, nieidealnego. Zostajemy włączeni do szarego świata PRL-u, dorosłości pokolenia baby boomers i dzieciństwa pokolenia X. Chłód historii wieje przez ekran z daleka, a wydaje się bliski. Sekwencja płynnych scen, kobieta idzie przez miasto, Łódź oświetloną neonami i lampami. Obraz piękny dla oka, lecz przykry dla duszy. Bohaterka trafia do sklepu, kiosku; osamotniona szuka pomocy. Odrzucona przez suche zamknięcie okna, egoizm. Pomyśleć, że tak kobieta kobiecie? Jest niepotrzebna, nikt na nią nie czeka. W półświetle leży w wannie, a ona bezludną wyspą w morzu szarości. Nie jest jedyna. Staruszka szuka po ulicach Pimpusia. Nawołuje go, lecz bez odezwu. Matka w tramwaju wściekła na dziecko, bezwzględna i władcza. Historia staje się siecią powiązań i uwspólnień, cierpień i samotności dotyczących każdego z osobna, w której nie ma miejsca na empatię i to nie z powodu zimnej wojny. Brak solidarności w czasach Solidarności. Pogrążeni w zapomnieniu toniemy, wiedząc, że nie zostaną nawet wspomnienia.

Ciąg prawdziwych wydarzeń przeplatają surrealistyczne widoki. Ludzie trafiają do jednej beczki z czekającymi na śmierć rybami. Role zwierząt i ludzi się odwracają. Psy wyprowadzają homo sapiens na smyczy, kruki wielkości drzew pożerają „nas”. Złota myśl w onirystycznym wydaniu, jeszcze nie wcielona w życie. A kot? Właściwie Pan Kot. Jest głosem przyszłości, znakiem ostrzegawczym przypominającym o braku człowieczeństwa. Kot ma też drugą twarz, twarz wschodniej strony żelaznej kurtyny, reżimu na czasy Polski Rzeczpospolitej Ludowej. Zostawia piętno.

Subiektywny sen przywołuje fragmenty z doczesnej wędrówki Wilczyńskiego. Buduje głębokie poczucie smutku i żalu. Na łożu śmierci ku ciemności chyli się staruszka pokryta wszelkimi śladami czasu. Rozmowa z synem jest straszna. Ciche i samotne odejście niezauważalnego człowieka, normalnego. Niezmiernie smutna lekcja. Za oknem inne nic nieznaczące jednostki. Podobni ludzie jednakowe twarze. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Powrót do przeszłości prowadzi do rozpaczy, ale stanowi jedyną drogę odkupienia, pokuty, osiągnięcia katharsis. Bluesowe brzmienia Tadeusza Nalepy utrzymują charakter czasów i znaczenia animacji – „Nie uciekaj, dokąd uciec chcesz”.

Dynamicznie podróżujemy przez życie, momenty i chwile ulotne, przebyte. Jakby się tam kiedyś było, tych ludzi spotkało, te rzeczy zrobiło. Tak mijający czas, szybki jak pociąg niezatrzymujący się na żadnej stacji, prócz tej ostatniej o nazwie „Morze”. Stoimy w miejscu, a ludzie przechodzą przez nas zostawiając małą cząstkę siebie. Zbudowani z molekuł, których późniejszy ubytek wywołuje pustkę. Wszystkiemu co się dzieje przygląda się On. Patrzy z góry, wysyła sygnały, podpowiada, ale nie manipuluje. Przy pomocy ściętej głowy szepczącej przerywane „uciekaj”, Kota, krzyżówki czy przewijanej taśmy filmowej odtwarzanej w głowie bohatera.

Maraton melancholii ma swój koniec w morzu, akwenie pożegnania i pojednania. Miejsce, gdzie można jedynie zaakceptować rozłąkę z ludźmi oddalającymi się ku światłości. Każdy statek wypełniony szczęśliwymi pokoleniami, symbolami swoich czasów. Generacja ,,Z” na jednym z pokładów stoi przy burcie z wyciągniętymi telefonami ku olbrzymowi brodzącemu w wodzie, bo nie wiedzą, nie rozumieją (jeszcze). Mariusz idzie wśród okrętów, aż w końcu znajduje właściwy, na którym widzi żyjących bliskich. Pomimo zimnych odcieni scena emanuje ciepłem, bal na morzu, taniec historii życia, akt ostatni. Wszystko ma swój czas i miejsce, społeczność i kulturę, ściśle zaplanowaną podróż. Pośród przemijających duszy stoi samotny Guliwer zderzający się z innym światem. Osiągnął stan Nirvany. „Modlitwa” nalepy ustała, odgłosy cichych fal, dryfujący wieniec pogrzebowy oraz widok innych Gliwerów pogrążonych w śnie.

Splot rysunków emocjonalnych kresek, ubogich świateł, pogiętego papieru, niedopowiedzianych słów, równoległych spojrzeń. Łzy wylanego smutku, tony bólu i finalne katharsis, możliwe do osiągnięcia dzięki wrażeniu déjà vu. Gdzieś już to widziałem, tam byłem, to przeżyłem. Jest to opowieść, w której rzeczywistym protagonistą jest każdy. To eskalacja prawdy o żywocie w najszczerszym wydaniu. Film głosów z przeszłości mówiących w teraźniejszości. Film gdzie żadne słowo nie jest wypowiedziane wprost. Film gdzie milczenie jest krzykiem. Film, w którym „to” staje się wspomnieniem, a „wyjedź” pożegnaniem.

skopiuj url:

Partnerzy