Recenzje

Metafizyczna refleksja Wima Wendersa

Film: "Lisbon Story "

Autor: Adam Dobrocki zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

W roku 1994 Wim Wenders był już uznanym reżyserem. Miał na swoim koncie między innymi Złotą Palmę za film Paryż, Teksas, a także główną nagrodę festiwalu w Wenecji za obraz Stan rzeczy. Artysta był i nadal jest uznawany za jednego z najbardziej utalentowanych reżyserów współczesnego kina niemieckiego i światowego. Niemiec zadebiutował w roku 1970 filmem Summer in the City będącym jednocześnie pracą dyplomową, którą wykonał na zakończenie nauki w Wyższej Szkole Telewizji i Filmu w Monachium. Wenders w swoich produkcjach często odwołuje się do historii kina oraz perspektywy medium filmowego. Wystarczy wspomnieć takie produkcje jak Z biegiem czasu czy Bracia Składanowcy. Dodatkowo studio produkcyjne, które założył Niemiec nosi nazwę „Road Movies Filmproduktion” co stanowi odwołanie do tradycji amerykańskiego kina drogi, którym Wenders był zafascynowany. Lisbon Story na tle całej twórczości artysty jawi się jako jeden z najbardziej reprezentatywnych przykładów jego zainteresowań.

Film przedstawia historię Phillipa (Rüdiger Vogler) dźwiękowca, który przybywa do Lizbony na zaproszenie przyjaciela. Friedrich (Patrick Bauchau) jest reżyserem filmowym i prosi Phillipa o pomoc w realizacji dźwięku w swoim filmie. Bohater trafia do tytułowego miasta, jednak na miejscu nie zastaje Friedricha. Phillip rozpoczyna poszukiwania swojego przyjaciela, przy okazji obcując ze stolicą Portugalii.

Wenders reżyseruje film w typowym dla siebie, spokojnym tempie. Fabuła rozwija się powoli, a główny bohater przez długi czas nie zbliża się do poznania miejsca pobytu swojego przyjaciela. Niemiecki reżyser zastosował interesujący zabieg w swoim filmie. Można powiedzieć, że Wenders podzielił swoje dzieło na dwa osobne utwory. Jeden z nich to historia Phillipa, mężczyzny próbującego odnaleźć się w obcym dla siebie środowisku. Bohater zapoznaje się z kulturą miejsca, w którym się znalazł oraz nawiązuję relacje z kobietą śpiewającą w zespole, tworzącym muzykę do filmu Friedricha. Mamy tutaj do czynienia z dość prostym schematem, w którym jednak Wenders prezentuje magię kina w najczystszej postaci. Świadczy o tym chociażby piękna scena, w której wspomniany zespół wykonuje jeden ze swoich utworów. Jest to hipnotyzująca i absolutnie genialnie poprowadzona sekwencja. Brak Friedricha w „pierwszym filmie” możemy odebrać jako metaforę postaci reżysera, stojącego za kamerą, niewidocznego dla odbiorcy. Za „drugi film” umownie możemy przyjąć wszystkie sceny ukazujące działania Phillipa, prowadzące bezpośrednio do odnalezienia Friedricha. Cały wątek ma wydźwięk metafizyczny i stanowi autorski komentarz Wendersa odnoszący się do filmu jako ekspresji artystycznej samej w sobie.

Kiedy poszukiwany reżyser w końcu zostaje odnaleziony przez głównego bohatera poznajemy powody jego absencji. Friedrich przeżywa kryzys twórczy, zaczyna wątpić w kino. Uważa, że film nie może ukazać prawdy, ponieważ wykreowany obraz zawsze będzie wyrażał subiektywizm proponowany przez reżysera.

Wenders (za pomocą postaci Friedricha) oddaje hołd historii kina przywołując dokonania takich postaci jak Buster Keaton czy Dżiga Wiertow. Wszystkie wspomniane elementy Friedrich porusza w monologu wygłaszanym w starym, opuszczonym kinie, co zdecydowanie dodaje patosu całej sytuacji. Jednak sama sekwencja jest na swój sposób przejmująca i sprawia, że rozumiemy bohatera, a być może samego Wendersa.

Tutaj nasuwa się również inne nawiązanie z obszaru medium filmowego, bowiem cała historia zdaję się być trawestacją Czasu apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Może o tym świadczyć sam motyw poszukiwania Friedricha czy chociażby wspomniany monolog wygłaszany przez bohatera w trzecim akcie filmu. Friedrich umarł, podobnie jak pułkownik Kurtz. Jednak jego śmierć oznacza utracenie wiary w film jako ekspresji artystycznej. Reżyser umarł i teraz potrzebuje silnego bodźca, który wybudzi go z twórczego marazmu.

Najważniejszym elementem filmu pozostającym bezpośrednio w fabularnej warstwie wydaje się być kulminacyjna konfrontacja Phillipa i Friedricha. Konfrontacja może wydawać się tutaj zbyt poważnym stwierdzeniem, bowiem pierwszy z bohaterów przekazuje drugiemu taśmę z nagraniem zawierającym w sobie swego rodzaju odpowiedź na monolog Friedricha. Pobyt Phillipa w Lizbonie sam w sobie przypominał w pewnym stopniu seans filmowy. Nagła zmiana miejscu pobytu oraz zdarzenia, których doświadczył dźwiękowiec uświadomiły mu jak wiele piękna i tajemnicy skrywają nie odkryte wcześniej przez nas terytoria (również te dotyczące ekspresji artystycznej). Phillip przekonuje Friedricha do powrotu do realizacji filmu, sugerując, że to właśnie subiektywizm, który prezentuje artysta jest tym co czyni dzieło wyjątkowym, a film nadal ma swoją siłę i może zachwycać z taką samą mocą jak robił to sto lat wcześniej. W końcu Friedrich przekonany słowami swojego przyjaciela chwyta za kamerę i razem z Phillipem kontynuuje realizacje filmu. Jedną z ostatnich scen utworu jest sekwencja, która wygląda jak nigdy niezrealizowany pomysł wspomnianego już wcześniej Bustera Keatona. Nawiązanie do filmowej burleski stanowi świetną klamrę fabularną całego dzieła.

Jednak końcowa dedykacja dla Felliniego jest zbyt bezpośrednia i odbiera urok całemu dziełu, zwłaszcza, że postać włoskiego mistrza przewija się wcześniej w filmie. Z drugiej strony Wenders nawiązuję do zjawisk i nazwisk z obszaru medium filmowego, których przeciętny widz niezainteresowany historią kina po prostu nie zrozumie. Reżyser buduje pewną ścianą i zostawia w niej otwór dla widza niezorientowanego w tematach, które porusza. Jednak żeby w pełni cieszyć się seansem musimy uzbroić się w młot skonstruowany z wiedzy z obszaru filmoznawstwa i przebić się przez przeszkodę. Dodatkowo wszystkie sekwencje błąkającego się po mieście Phillipa mogą zostać odebrane jako chaotyczne i niespójne. Być może przyczyny należy upatrywać w tym, że film miał być pierwotnie dokumentem, a Wenders postanowił do pewnego momentu pozostawić takie wrażenie. Lisbon Story pozostaje jednak jednym z najbardziej szczerych traktatów odnoszących się do istoty medium filmowego i sztuki samej w sobie. I mimo mojej krytyki dotyczącej dedykacji Wendersa, uważam, że gdyby Fellini zobaczył Lisbon Story, na pewno uśmiechnąłby się pod nosem.

skopiuj url:

Partnerzy