Recenzje

Być matką "nie bardziej, niż chmura, co skrapla się na lustrze..."*

Film: "Sole"

Autor: Matylda zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Była to chyba około 20 minuta. Ermanno wchodzi do błękitnego półmrocznego pokoju i zwija żaluzje w oknach. W trzech ujęciach widzimy szary cień prześlizgujący się w zimne światło bezsłonecznego dnia. Trzecie ujęcie, cienia Ermanno na ścianie w przepływającym ruchu żaluzji subtelnie przechodzi w kadr zza okna, gdzie z szumu białej rolety wydobywa się twarz Ermanna. Piękny montaż. Mogłabym oglądać tę scenę bez końca, przewijałam ją zresztą trzy razy.

Cały film, zarówno na poziomie dramaturgicznym, jak i estetycznym rozgrywa się w przestrzeni negatywnej, co tworzy dość nieczęsty i (przynajmniej dla mnie) ciekawy klimat. Mało postaci, niewiele dialogu, statyzm, chłód emocjonalny, nasycone błękitem i szarością ujęcia pokoi inspirowane fotografiami Toda Hido i dużo ciszy. Estetyka obrana przez włoskiego reżysera-debiutanta (pierwszy długi metraż) niesamowicie współgra z samą treścią filmu. Historia została zminimalizowana tak jak forma: Lena (Sandra Drzymalska), Polka, sprzedaje swoje nienarodzone dziecko bogatemu bezpłodnemu małżeństwu. Do czasu narodzin dziecka Leną opiekuje się Ermanno (Claudio Segaluscio, naturszczyk) spokrewniony z parą, udając oficjalnie ojca dziecka, co ma ułatwić późniejszą adopcję. Należy dodać, że zarabia na tym tak samo, jak Lena.Obserwujemy więc Leną nudzącą się w mieszkaniu, bezrobotnego Ermanna grającego na automatach. Jeśli coś jest powiedziane to są to tylko kwestie potrzebne. Jak gdyby behawioryzm Hemingwaya przełożony został na język filmu – o bohaterach mówią tylko czyny, nawet ekspresje twarzy zostały powściągnięte. Przyszli rodzica spotykają się z nimi rzadko nie zabiegając zanadto o bliższy kontakt z matką swojego dziecka. W jednej tylko scenie przyszła matka (Orietta Notari) upewnia Lenę, że dziecko było ich marzeniem i będzie w dobrych rękach, co nie spotyka się z zainteresowaniem ze strony dziewczyny.

Można by posiądzić Sironiego o emocjonalny drenaż bohaterów. Reżyser zdał się jednak zdecydować na iście hopperowsko-egzystencjalistyczną narrację, internalizując uczucia w bohaterach, minimalizując ruch i słowo, podkreślając, że w relacjach „prawdziwych” i „nieprawdziwych” rodziców nie ma więzi innej niż logistyczno-legislacyjna. Nie ma tu moralizatorstwa, jest może neorealistyczny posmak: obiektywnym okiem i surową paletą (plenery przypominają bardziej blokowiska Ursynowa lat 90.) reżyser kreśli powolną historię o wielu niedopowiedzeniach, przepełnioną czekaniem na nowe życie.

Gdy to nowe życie w postaci tytułowej Sole pojawia się, burzy emocjonalny porządek między czwórką bohaterów. Wraz z dzieckiem przybywa w filmie ruchu i uczuć. Okazuje się, że sytuacja wcale nie jest tak łatwa i obojętna Ermanno i Lenie, na jaką wyglądało. W chłopaku następuje stopniowa przemiana, zachodzi proces dojrzewania i samouświadomienia (potrzeby odpowiedzialności? Miłości?). Narodziny dziecka uwalniają w Lenie i Ermanno uczucia, których wcześniej nie okazywali, których może nawet się nie spodziewali. Okazuje się też, że przejęcie rodzicielskiej pałeczki wcale nie będzie takie proste, a role matki czy ojca nie mogą zostać zwyczajnie wymienione. Figura ojca, jaką po narodzinach dziecka przyjął Ermanno wrosła w chłopaka na tyle mocno, że prowadzi do kulminacyjnego momentu, w którym rzeczywiście pragnie on zatrzymać przy sobię Sole i Lenę. Po klimaksie następuje jednak powrót rzeczywistości, w której zdaje się nie być miejsca na uczucia i potrzeby wszystkich.

Włoski reżyser z premedytacją zrezygnował z prowadzenia widza za rękę. Pozostawił niedomówienia w wątkach (dotyczących biologicznego ojca dziecka, czy wspomniano bez rozwinięcia ojca Ermanno) oraz emocjach bohaterów. Udało mu się szczęsliwie uniknąć paradokumentalnej estetyki dzięki wyraźnie przemyślanym, a jednocześnie nieprzteatralizowanym zdjęciom, subtelnemu montażowi oraz nadrabiającej emocjonalnością muzyce (Teoniki Rożynek). Opowiada niejednoznaczą moralnie historię o rodzicielstwie, którego nie da się zwyczajnie opuścić, ani przyjąć, o miłości równie ulotnej co marzenie o niej, o odpowiedzialności i dojrzewaniu do niej.

 

 

*Cytat pochodzi z „Porannej piosenki” Sylvii Plath. Wykorzystałam wyłącznie obraz/idęę chmury, która w mojej opinii idealnie opisuje sytuację zachodzącą w filmie. Zdaję sobie przy tym sprawę, że wyjmuję cytat z kontekstu, adaptując przy tym jego znaczenie, i że przesłanie całego utworu poetki jest zgoła inne niż przesłanie filmu.

skopiuj url:

Partnerzy