Recenzje

"Cela usłana kwiatami"

Film: ""Midsommar. W biały dzień""

Autor: Beata Witkowska zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Każda podróż w pewnym momencie dochodzi do punktu, gdy długo przygotowywany plan staje się rzeczywistością, a podróżnik akceptuje swoją decyzję i całkowicie zanurza się w nowej rzeczywistości. “Midsommar” jako film-podróż do innego świata, w ten sam sposób konfrontuje widza z brakiem odwrotu od nadchodzących wydarzeń - w króciutkiej scenie, gdy jadący samochód z grupą bohaterów przemierza szwedzkie lasy, kamera odwraca się do góry nogami, a cały krajobraz wraz z nią, ukazując wszystko w zupełnie innym świetle i kształcie. Jest w tym coś ze zbliżającej się katastrofy, wielkiej niewiadomej, ale też incydentu, który podświadomie atakuje mózg i każe uciekać z hermetycznego otoczenia (ciężko nie zauważyć inspiracji sceną otwierającą “Lśnienia” S.Kubricka). Perspektywa już wraca do pozycji początkowej, lecz niepokój w odbiorcy pozostaje. Przed oczami miga napis “Witamy w Hälsingland”, a widz może jedynie obserwować, jak wraz z bohaterami zmierza w stronę nieuniknionego doświadczenia.

Fabuła nie należy do skomplikowanych - Dani - studentka po niedawno przeżytej traumie, która nie może poradzić sobie ze swoimi emocjami, z chęci oczyszczenia się z monotonii depresji i ataków paniki, postanawia "doczepić się" do grupy kolegów swojego partnera wyjeżdżających na folkowy festiwal w Szwecji, w rodzinne strony jednego z przyjaciół, do osady Hårga. Paczka znajomych ma poznać tamtejszą kulturę i dołączyć się do wspólnych celebracji. Wkrótce okazuje się, że odizolowana od świata wioska, żyjąca ekscentrycznymi rytuałami, nie jest do końca gotowa na zderzenie się z amerykańską grupą (która w opowieści staje się symbolem szybkiego i konsumpcyjnego życia, kontrastującego z uważnym i skupionym postrzeganiem rzeczywistości mieszkańców osady). Studenci stają się marionetkami w plemiennym przedstawieniu, podobnym bardziej do krwawej masakry, niż jednego z wielu pastelowych rysunków umieszczonych na ścianach budynków Hårgi.

Wydawałoby się, że w natłoku folkowej estetyki, śpiewów, rytuałów, zaginie motyw przewodni. Jednak Aster właśnie taką formę przybiera, aby poruszyć kluczowe problemy: depresji, rozstania, straty - przykrywa je pod wizualną warstewką, która ma nas skołować, zachwycić, zdegustować, jednocześnie uwydatniając charakter tej historii, przywodzącej na myśl przedłużający się atak paniki. “Wioska kontra obcy”, tak mógłby brzmieć drugi tytuł tej szwedzko - amerykańskiej produkcji, oczywiście mniej subtelny od oryginalnego, jednak wskazujący na pewną zależność fabuły. Reżyser stawia dwie grupy - osadę i przybyszów z Ameryki - po przeciwnych stronach barykady, przez cały czas nie dając zapomnieć o dzielącej ich przepaści. Mieszkańcy wyobcowanej ze świata osady nie szczędzą okazywania tradycji i zwyczajów, są natchnieni swoją energią, stanowią białą jedność, która przytłacza percepcję obcych w wiosce. Ci za to, jako mała grupka miotają się między uczuciem zachwytu wobec systemu życia w wiosce, działającego niczym naoliwiona maszyna, a przerażeniem i podejrzliwością kierowaną w stronę coraz dziwniejszych, brutalnych i niezrozumiałych ceremonii. Jednak to powolne rozstawanie się dwójki głównych bohaterów - Dani i Christiana - w największym stopniu potęguje uczucie niepokoju w odbiorcy - choć sceneria fabularna i przyspieszający ciąg wydarzeń, nie dają mu nabrać oddechu, toksyczna relacja tej dwójki nie daje o sobie zapomnieć - plątanina przepraszanio-obwiniania, nieporozumień i niedopowiedzeń, jest jak zapałka wisząca nad kałużą benzyny - w każdym momencie gotowa wywołać pożar, którego oboje będą żałować.

W żadnym momencie reżyser nie dzieli się z widzem oceną Hårgi, pozostawiając mu całkowity osąd. Ukazuje nam różne punkty widzenia - od degustacji i oburzenia grupy studentów, po uduchowioną wiarę, absolutną pewność mieszkańców osady - ani razu nie wybierając strony po której staje. Oprócz Dani, która jest wielowymiarową i niesamowicie autentyczną bohaterką, reszta postaci wydaje się być budowana na bazie stereotypów znanych nam dobrze z popkultury - śmieszka, mądrali, tego dobrego i co nasuwa się następnie na myśl, złego. Ujęcie grupy w ten nieco sztampowy sposób, jeszcze intensywniej wybija traumę protagonistki, sprawiając, że nabiera ona kluczowego znaczenia w kontekście celebracji odbywających się w Hårdze. Podróż do Szwecji, staje się dla Dani również podróżą do prawdy o swojej stracie i rozpadzie związku, skumulowanym katharsis, któremu widz ma towarzyszyć. Aster chce przeprowadzić (być może nawet przeciągnąć) go przez kinowe doświadczenie, dręcząc zmysły, nie rozum. To film do odczuwania - połączenia się z krzykiem bohaterki, muskania trawy pod stopami, poczucia zapachu kwiatów i słońca na skórze, które zejdzie nam z oczu tylko na parę godzin, ale nie będzie chciało zrezygnować z roli cichego obserwatora Hårgi. Mamy przecież środek lata.

Reżyser opowieść o rozstaniu (dla której inspiracją miały być jego własne przeżycia), obudowuje mnogimi kontekstami, zarówno religijnymi, historycznymi, jak i kulturowymi, dzięki którym film odczuwamy jako podróż do innej rzeczywistości - nierealistycznej, obcej, wręcz abstrakcyjnej w swoim absurdzie. Rozpoczynając od brytyjskiego “Wicker Mana”, przez nurt body horror z początku lat 70, aż po runy z pogańskich, piętnastowiecznych ksiąg - Aster podstawia pod nos oglądającego prawdziwą ucztę odniesień, jednocześnie nie tworząc z niej osi akcji - mimo wiedzy na temat pochodzenia motywów, doświadczenie kinowe widza pozostaje w nienaruszonym stanie, zwiększa się jedynie pole do dyskusji i satysfakcja z odnajdywanych kulturowych elementów. “Midsommar” balansuje na granicy wielu gatunków, nie dając całkowicie zaszufladkować się w żaden z nich. Film Astera nie serwuje nam osadzonego w wygodnej, cywilizowanej rzeczywistości melodramatu, przy którym chusteczki będą powiewały tłumnie na sali kinowej. Nie zarzuca też jumpscare’ami, straszydłami, ale jako broń wybiera kwiaty, pastelowe odcienie, a nasze postrzeganie atmosfery niepokoju niszczy już w samym tytule - widz przecież dnia się nie boi, prawda? A jednak.

“Midsommar” nie tylko w warstwie fabularnej świetnie operuje kontrastami - bombarduje widza pastelem, niewinnością białych, zwiewnych strojów, jednocześnie prezentując brutalność, krew, deformacje ciał w całej swej okazałości. Ujęcia są zaplanowane w każdym detalu, pełne symetrii, geometrycznych kształtów, jednocześnie często zdeformowane, zniekształcone, wizualizujące otępienie zmysłów i narkotyczny odlot, którego doświadczają bohaterowie.  Aster swoją estetyką, kadrami i ułożeniem w nich elementów, tworzy świat wyglądający niczym rysunek plemienny - pełen kolorów, folkowych elementów, ale też surowego postrzegania rzeczywistości. Jest w tym coś z beznadziejnego, pochłaniającego transu, śpiewu i rytuału. Trawa wyrastająca z dłoni Dani, czy kwiaty pulsujące, jakby własnym oddechem, świetnie korelują z kluczowym znaczeniem natury w wiosce, która swoje całe życie oparła na powtarzalności czterech pór roku.

Istnieje taka możliwość, że wspominanie o początku filmu na końcu recenzji, może przynieść autorowi 7 lat nieszczęścia lub biedę do końca życia. Warto jednak przyjąć to ryzyko, bo pominięcie sceny otwierającej, która jak ten akapit, stanowi jednocześnie początek i koniec - łącznik między dwoma skrajnościami - byłoby ogromnym błędem. W pierwszej minucie filmu Ari Aster łamiąc wszystkie zasady kolejności, przedstawia nam cały przebieg fabuły- malunek, na którym w postaci małych scenek rodzajowych zaprezentowano dalsze losy bohaterów. Oglądający debiutant oczywiście nie zrozumie z tego nic, być może nie zwróci nawet uwagi na kolorowe, pstrokate malowidło, które przeszkadza mu tylko w przejściu do dalszej akcji. To przysłowiowe “wywalenie kawy na ławę”  nagradza ponownie pojawiającego się widza - mural zapętla koniec i początek filmu, mówiąc: “A widzisz? Mówiłem, że jeszcze tu wrócisz.”

skopiuj url:

Partnerzy