Recenzje

Zgubić ciało?

Film: "Miłość "

Autor: Joanna zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Słowa ludzi mnie definiują czy moja świadomość określa mój kształt? Czy mój dom to świątynia nieocenionego i wiecznego życia, naiwnie bezpieczny i miękki, wygodny? Czy otuli go kiedyś zimny oddech czarnej nocy i do kości zmrozi moje ciało? Jutro obudzę się i będę wciąż młoda? Czy zgubię moje ciało gdzieś po drodze, w sennym marzeniu, które zdusi oddech i odsłoni grozę, którą noszę w sobie? Michael Haneke, przeciwstawiając się wzorcom kina współczesnego, stawia na kino à l’ancienne i zadaje decydujące pytania, ale rezygnuje z udzielania odpowiedzi, we wzruszająco intymnej „Miłości”, zaprezentowanej w 2012 roku.

To właśnie prawię dekadę temu, jesienią, szwajcarski reżyser po raz kolejny zaskoczył elegancją, z jaką potrafi pochylić się i dokładnie zbadać, wręcz rozkroić powszechne zła naszego świata. Wobec widza jest bezlitosny i wymagający, przeprowadza operacją na otwartym sercu, ekranizując pozornie prostą historię małżeństwa muzyków w sercu Paryża. Klasyczna opowieść, jednak o wielkim potencjale, przeradzając się w dramat o ucieczce (wspólnej, ale też indywidualnej, samotnej) przed końcem, przeraziła mnie swoją ciszą i chłodnym dystansem twórcy, ale pozostawiła zarówno zachwyt, jak i dręczące wątpliwości.

Przed przejściem do detali, muszę zarysować naturę narracji, która dowodzi, że Haneke dostrzega w sztuce formę analizy i możliwość krytycznego spojrzenia na niepokoje drzemiące w społeczeństwach zachodniej cywilizacji. Niezwykła jest kunsztowność z jaką przedstawia powolną, rozciągniętą do niemożliwości banalną codzienność, realistyczną i dopracowaną w każdym szczególe, sprawiającą wrażenie uwięzionej między dwoma pokojami. Efektem jest nietypowa konstrukcja historii, która przypomina bardziej sfilmowany esej, płynny, momentami niejasny między wyraźnie zaznaczonym i wyrazistym w przekazie początkiem i końcem. Co wybija z rytmu, zadziwia i zastanawia? Tajemnica i pewna bajkowość, balansująca na granicy koszmaru. Mimo skupienia na tym, co dzieje się tu i teraz, widz odnajduje w tej historii okna z widokiem na przeszłość. To wizyty gości, którzy wzbogacają małżeńską relację o cenne komentarze, poszerzając perspektywę widza. To równocześnie opowieści głównego bohatera o dzieciństwie na łonie przyrody i w sali kinowej, jego własnej wrażliwości, przypominające widzowi, żeby nie lekceważył tej kruchości, kruchości wspólnej, naturalnej i ludzkiej, która okaże się decydująca dla rozwiązania akcji.

Pełgające światło na zimowych pejzażach za koronkowymi abażurami, żółtawe chusteczki obok zegarka przy porzuconej popielniczce. Zamsz, dywany, zasłony, czerń i powaga fortepianu. Haneke, wierny stylowi francuskiej stolicy szyku, nie rezygnuje z eteryczności, ale wzbogaca scenografię o pewnego rodzaju ociężałość. Stworzona w ten sposób prawdziwa przestrzeń teatralna jest wyrazem życia aktualnego i wspomnienia wczoraj – dawne miejsce spotkań kulturalnych, lekcji muzyki, narodzin pierwszego dziecka przekształciło się w scenę rodzinnego dramatu. My, widzowie, zostajemy na stałe zamknięci w tej przestrzeni. Nie wiemy co się dzieje w tym Paryżu, w tym Paryżu pełnym gwaru i zgiełku; reżyser wyklucza nas z życia miasta i wskazuje, że liczy się tylko ten wycinek rzeczywistości, który chce nam przedstawić, bo jest on wyjściem do zadania pytań, które chce zadać. Zmusza do patrzenia, nie pozwala odwrócić głowy, a czasem ma się dziką ochotę opuścić, wyjść… przestać wpatrywać się do bólu w ból. Co to to nie! Przez ten zabieg jesteśmy niczym intruzi, wtargający do intymnego, małżeńskiego światka, zamknięci w korytarzu – kolejne drzwi się przed nami zamykają, kolejne drzwi się otwierają. Co ciekawe, czasem stajemy się niczym rodzina, podchodzimy bardzo blisko, aż zbyt blisko bohaterów. Słyszymy ciche szuranie kapci o drewnianą podłogę, skrzypienie – twórca zadbał szczególnie o dźwięk, który odbija się od ścian i pozwala widzowi poczuć, dotknąć ręką rzecz, przedmiot, krzesło. A gwałtowność ulewnego deszczu lub ciągłość strumienia wody w kuchni to nie tylko wykorzystanie żywiołu jako symbolicznego zapomnienia, chaosu i przeobrażenia – dźwiękiem reżyser reguluje napięcie, dozuje niepewność. Dodatkowo, wydłuża trwanie poszczególnych ujęć i zawiera chwile bezruchu, momenty puste i bezimienne, prowokujące lekką irytację, zarówno ze strony bohatera, jak i obserwatora. Jest to jednak wpisane w życie każdego człowieka, więc dlaczego nie podkreślić tego w filmie? Czy film ma być komfortowym, utulającym do snu przeżyciem? Przestrzeń pozakadrowa jest tym samym miejscem ukrycia niewypowiedzianej, niemej udręki.

Michael Haneke pogrywa ze swoim bohaterem tak samo, jak pogrywa z widzem, oddając część swojego dzieła w ręce sfer wychodzących poza ludzkie zrozumienie. Pojawia się to, co irracjonalne, a reżyser daje się ponieść czystej fantazji, jest wolny i nieskrępowany, daje wyraz temu, co czuje, odrywa stopy od ziemi. Jednocześnie, nadal dąży do osiągnięcia najwyższego stopnia wyrafinowania i finezji. W zamknięte, matowe i przyćmione pomieszczenia wpuszcza białego gołębia, przypomnienie niewinnej i czystej młodości, miękkiej jak puch oraz dawnej świetności, starego ładu i porządku w życiu małżeństwa, który już nie wróci. Opuszcza mieszkanie i do niego wraca, ale zawsze jest elementem z zewnątrz, nie należy do świata bohaterów, inny, zbyt żwawy, by zamknąć okno i móc go zatrzymać. Chronologia nie gra w tej historii znaczącej roli – choroba, wyznaczająca jej rytm nie jest pozbawiona nieregularności, przyśpieszeń i zwolnień, nagłych krzyków i pęknięć – to też reżyser nie przykłada do tego aspektu dużej wagi, widoczny i oczywisty jest jedynie kierunek, w którym zmierza opowieść. Upływ czasu jest zaznaczony gwałtownymi, brutalnymi przejściami w postaci krótkich, czarnych ujęć. Odbudowują względny porządek i ład naruszony przez niuans, pauzę i zawieszenie.

Dojrzałość Hanekego dostrzegam w jego spojrzeniu na ludzkie ciało. Słusznie zauważa, że należy ono częściowo do przeszłości, jest swego rodzaju zapisem, a dziś może stać się jedynie pułapką. Właśnie dlatego reżyser zmusza widza do nieustannego, bliskiego i dokładnego przyglądania się ciału żony, powoli pozbawianemu niezależności, nagiego wśród ciemności. Przez uporczywą ekspozycję Haneke powoduje dyskomfort, kłuje i drażni, by zapytać, czy co czujesz, Widzu, będąc tylko świadkiem? Jak odnajdujesz się w tej roli? Zaraz potem moją uwagę przyciąga moment, w którym mąż opuszcza ciało żony i zostaje sam; sylwetka jest smukła, drobna i skulona w głębokim fotelu. Interesuje mnie on podczas tego powrotu, podczas tej pauzy. Tragizm sytuacji opiera się na tym, że bohater jest świadomy. Gdyby pojawiła się choć wątła możliwość tryumfu, wygranej walki o życie, ucieczka przed nieuchronnym końcem, wtedy tragizm uległby przedefiniowaniu i otrzymalibyśmy jedynie obawę. Nie, bohater jest świadomy, ale tę świadomość zamierza potraktować z pogardą. I dalej będzie toczyć ten ogromny kamień, wracać na równinę, toczyć ponownie. Czy wiecznie? Wrażliwość, która jest traktowana zwykle jako cnota niepodważalna, tym razem wyznacza bezwzględny, bezlitosny koniec historii. Równocześnie stawia pytanie o życie jako wartość absolutną. Godność kończy się tam, gdzie kończy się świadomość? Czy może zaczyna w chwilach, których jeszcze nie przeżyliśmy?

Twórca na te pytania nie odpowie, odejdzie, wzruszy ramionami, zostawiając krótką definicją tytułowej Miłości. Streści całą jej mądrość bez wypowiadania ani słowa o namiętności, pożądaniu, obsesji. Czuję się przez ten film doceniona – zakłada on, że mam zdolność do sformułowania własnych odpowiedzi na pytania szersze, większe niż ja sama i niż moje młode, niecierpliwe ego. A Ty, Widzu, staniesz na scenie, tam, gdzie Cię umieścił Haneke? Podejmiesz wyzwanie i udzielisz odpowiedzi na pytanie o granicę Twojej Miłości?

 

skopiuj url:

Partnerzy