Recenzje

Czy kraty są jedynym ograniczeniem?

Film: "Lot nad kukułczym gniazdem "

Autor: Aleksandra zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Będąc fanem gry aktorskiej Jack’a Nicholsona i osobą zainteresowaną działaniem ludzkiej psychiki, nie sposób jest nie znać klasyka kinematografii pt. „Lot nad kukułczym gniazdem”. Podobnie było i w moim przypadku, ale przed seansem nie spodziewałam się nawet, że ten dramat psychologiczny z 1975 roku wywrze na mnie takie wrażenie i pomimo upływu lat, utrzyma status obrazu ponadczasowego. Za reżyserię odpowiada Miloš Forman, który wieloma innymi dziełami, jak np. „Amadeusz” czy „Hair” udowodnił, że jego kunszt w tej dziedzinie nie jest dziełem przypadku. Główne role odgrywają wspomniany wcześniej Nicholson oraz Louise Fletcher, oboje nagrodzeni Oscarem, a także debiutujący na ekranie Brad Dourif, który zgarnął za nią nominację do tej nagrody. Film został oparty na książce autorstwa Kena Keseya i chociaż pomija lub skraca pewne wątki, wielu koneserów kinematografii uznaje, że przebił pierwowzór

Opowiada on historię Randle’a McMurphy’ego, skazańca z obozu pracy, który ma nadzieję na uniknięcie więzienia poprzez symulację zaburzeń psychicznych. Zostaje przeniesiony do szpitala i spotyka tam wielu pacjentów, m. in. Bibbita, Hardinga, Chesneya, Tabera czy Martiniego, starając się urozmaicić ich nudną rutynę, oczywiście nie z dobroci serca, ale z poczucia irytacji trybem życia, które prowadzą. Nie wie on jednak, że panują tam żelazne zasady narzucone przez siostrę Ratched, a o opuszczeniu tego miejsca decydują lekarze przełożeni. Przyczynia się to do jego buntu przeciwko systemowi i wzmaga agresję. Na fenomen „Lotu...” składa się wiele czynników, jednym z nich jest z pewnością aktorstwo, które nie pozostawia widzom złudzeń, że mają do czynienia z dziełem wielkiego formatu. Nic więc dziwnego, że większość z pierwszoplanowych odtwórców ról może się poszczycić innymi kultowymi wcieleniami. Przykładami są Christopher Lloyd portretujący Tabera, który wcielił się 10 lat później w profesora Emmetta Browna w hitowej trylogii Roberta Zemeckisa „Powrót do przyszłości” czy Danny DeVito grający Martiniego, wśród którego bogatej filmografii znajdziemy angaż w „Miłości, szmaragdzie i krokodylu” również Zemeckisa czy Burtonowskim „Powrocie Batmana” jako niezapomniany Pingwin. Jednak kreacje stworzone w „Locie nad kukułczym gniazdem” są niewątpliwie perełkami wśród ich szerokiej twórczości artystycznej. Każdy z pacjentów szpitala ma inną osobowość oraz zaburzenia umysłowe. Aktorom wyśmienicie udało się stworzyć kontrast pomiędzy bohaterami, ukazując że pomimo iż łączy ich niestabilność psychiczna, choroba w każdym przypadku wygląda inaczej, ma różne stopnie zaawansowania i dotyka osoby z każdego środowiska. Dla widza jest to bardzo dogodny zabieg, nie pozwalający mu stracić zainteresowania podczas scen zbiorowych, w których dominuje dialog. Zobowiązuje natomiast do uważnej obserwacji każdego osobnika w celu postawienia subiektywnej diagnozy jego przypadku. Jedynego zdrowego podopiekuńczego tej placówki odgrywa Jack Nicholson. Jest nim Randle McMurphy, który jednak pod wpływem rygoru, którego mu przez całe życie brakowało, staje się nieco rozchwiany. Artysta jeszcze wiele razy pokazał, swój geniusz w portretowaniu ludzi nie do końca stabilnych emocjonalnie. Nie wyobrażam sobie innego kandydata do zagrania tej postaci i uważam, że zdołał on unieść na barkach ciężar roli wiodącej wśród pozostałych wyśmienitych aktorów. Towarzysząca mu na ekranie Louise Fletcher wykreowała natomiast wykwintny obraz antagonistki – siostry Mildred Ratched, która z początku wydaje się być współczującą przełożoną oddziału. Okazuje się jednak zimną kobietą, stawiającą swoją pracę na pierwszym miejscu i próbującą pomóc pacjentom poprzez narzucenie im swoich reguł. Odtwórcy, niezależnie od różnic w osobowościach swoich bohaterów, zdołali wytworzyć pomiędzy nimi chemię. Powszechnie wiadomo, że grze aktorskiej nie sztuką jest wykreowanie wybitnej roli, skupionej wyłącznie wokół siebie, ale takiej, która jest częścią przestrzeni pozostałych. 

Rzecz, która równie mocno przykuła moją uwagę, to muzyka skomponowana przez Jack’ Nitzsche’a, który już dwa lata wcześniej porwał widzów, współtworząc ścieżkę dźwiękową do „Egzorcysty”. W całym filmie nie jest jej dużo, ale według mnie to zaleta, gdyż pojawia się w najistotniejszych momentach, stając się częścią otoczenia, tworzy głębię obrazu i pomaga widzowi w wyższym stopniu odczuć klimat dzieła. Według mnie scena finałowa nie byłaby w połowie tak spektakularna bez skomponowanego do niej utworu, nad czym warto się zastanowić podczas seansu. 

Kolejnym czynnikiem, który mnie zaciekawił w tej ekranizacji jest scenografia, gdyż była ona kręcona we wciąż działającym szpitalu, a statystów odgrywali prawdziwi pacjenci. Dodaje jej to wiele realizmu i zapewne jest istotną ciekawostką dla widzów, interesujących się takimi smaczkami, którzy mogą zestawić zachowania aktorów z chorymi. 

Film sam w sobie nie jest tylko historią o życiu pewnego recydywisty i jego niespełna rozumu kolegów w ośrodku dla obłąkanych. Opowiada on o lęku przed społeczeństwem i jego wymaganiami. Jak dowiadujemy się z biegiem akcji, większość podopiecznych znajduje się tam dobrowolnie, gdyż boi się funkcjonować w świecie za bramą, gdzie byliby ograniczeni przez narzucone im normy oraz czekające ich przeciwności losu, z którymi musieliby się zmierzyć. Czy nie jest to zatem unikanie jednego problemu na rzecz drugiego? Bohaterowie są zmuszani do socjalizacji, poprzez zamykanie ich sypialni, gdzie chcieliby również spędzić czas w samotności. Według siostry Ratched nie ma lepszego sposobu radzenia sobie z utrapieniami. Często każe dzielić się swoimi spostrzeżeniami, do czego nie zawsze są zdolni i co sprawia im wielki wysiłek i przełamanie strachu. Uciekając od starego systemu represji znajdują się w nowym, z czego nie do końca zdają sobie sprawę, dlatego tak bardzo doceniają nowego towarzysza, który buntuje się przeciwko zasadom i wywraca je do góry nogami. Mogą oni wtedy czerpać poczucie wolności, związane z wyjęciem spod prawa, jak m. in. w scenie wyprawy na ryby, i zapomnieć o trapiących ich sprawach. Z drugiej jednak strony nadmiar swobody nie wpływa na nikogo z nich pozytywnie, czego najlepszym przykładem jest Randle, który nigdy nie stosował się do reguł. Stał się przez to recydywistą i potrafił usprawiedliwić nawet takie wykroczenia, jak gwałt na nieletniej. Jest on również przyczyną tragedii swojego dobrego kolegi, a sam nie kończy lepiej. Ukazuje to problem popadania ludzi ze skrajności w skrajność i niemożność odnalezienia się w społeczeństwie. Ważną rolę w interpretacji sensu filmu odgrywa również tytuł. Wiedząc, że kukułki podkładają jaja innym ptakom, wysnuwa się wniosek, że pacjenci są wyrzutkami, niepotrzebnymi światu, których chce on się po prostu pozbyć. W przyrodzie nie występują zatem kukułcze gniazda, można by więc uznać szpital jako miejsce nieco odrealnione, w którym szaleńcy, nazywani w potocznej angielszczyźnie właśnie kukułkami, próbują stworzyć sobie bezpieczny azyl. Reżyserowi udało się stworzyć przygnębiający klimat obrazu, w którym jednak przeplatają się jednak pewne komiczne sceny, co sprawia, że nie jest on monotonny i miło się go ogląda. 

Dzieło Miloša Formana zachwyciło mnie na każdej płaszczyźnie i z chęcią obejrzę je jeszcze raz. W mojej opinii jest to ekranizacja kompletna, która nie pozostawia nic do życzenia. Wbrew temu, że nie podchodziłam do niej z uprzednim entuzjazmem, nieprzychylna z zasady do pozytywnego odbioru krytyków, nie mogę znaleźć w nim żadnego słabego punktu. Produkcja skłoniła mnie do głębszych rozważań nad poruszonym problemem działania psychiki ludzkiej w społeczeństwie i dostarczyła ponad dwie godziny przyjemnego seansu. Gra aktorska sprawiła, że do końca z zapartym tchem śledziłam poczynania bohaterów i mogłam wczuć się w sytuację, w jakiej się znajdują. Pozycja godna polecenia.

 

skopiuj url:

Partnerzy