Recenzje

Ramy obrazu miłości

Film: "Spragnieni miłości"

Autor: Aleksandra Zofia zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Ciemny kadr. Zza krat pojawia się ona, w najpiękniejszej ze swoich sukien, eleganckiej, w polne kwiaty. On w garniturze, lekko pochylony, strzepuje żarzący się papieros i rzuca - Nie zobaczę cię więcej - przychodzi mu to z trudem. Jedyną odpowiedzią jest jej szklisty wzrok, zdradzający całą gamę uczuć, które tłumi w sobie. Następuje zbliżenie na ich powoli rozłączające się dłonie, jest ono jedynym z niewielu fizycznych przejawów ich afektu w filmie i zarazem jego najpiękniejszą sceną. On szybko dłoń zabiera, kamera skupia się na niej - ona ciągnie swoją wzdłuż przedramienia, ściskając, tak bardzo pragnąc ciepła jego dotyku. Film urywa się, pozostajemy z czarnym ekranem, słyszymy jej płacz i jego wybrzmiewające słowa - Nie płacz, to była tylko próba, to nie dzieje się na prawdę. Reżyser obdarza nas, trwającym zaledwie sekundy, zbliżeniem na ich z powrotem splecione dłonie.

Jedna z najpiękniejszych historii miłosnych współczesnego kina jest opowiadana w słowach niewypowiedzianych, szczycąc się niuansem: drżeniem dłoni, mglistym spojrzeniem, niedopalonym papierosem. „Spragnieni miłości” to tytuł dość ckliwie przetłumaczony na polski, w oryginale nawiązujący do sensualnej piosenki Briana Ferryego "I'm in the mood for love”. Zapowiada tanie romansidło rodem ze wzgórz Hollywood - w żaden sposób jednak nie wpada w kanon idealistycznej historii miłosnej z rozpustnym „big and happy ending”. Prezentuje zupełnie inną, subtelniejszą, cichszą, wizję uczucia dwójki bardzo samotnych ludzi.

Hongkoński reżyser Wang Kar-Wai, nagrodzony Palmą w Cannes, Césarem oraz Europejską Nagrodą Filmową, przenosi nas w świat swoich rodziców. Hongkong lat 60 jest duszny i tłoczny, żyją w nim neokonserwatywne, bardzo zamknięte na siebie społeczności. Miasto staje się azylem dla uciekających przed reżimem Mao wykształconych Chińczyków. Para głównych bohaterów wraz z małżonkami wynajmuje pokoje w tej samej obskurnej kamienicy. Wprowadzają się tam równocześnie - sekretarka Pani Chan (Maggie Cheung) z mężem i dziennikarz Pan Chow (Tony Leung) z żoną. Czynnikiem spajającym losy głównych bohaterów staje się ich nieposkromiona samotność. Nieobecność partnerów wrzuca ich w nieustanną monotonię życia, wypełnioną oszukiwaniem bólu i zazdrości.

Historia uczucia pani Chan i pana Chow przedstawiona jest w sposób zamglony. Poprzez wysoką saturację barw i ziarnistość obrazu „Spragnieni miłości” stają się filmową senną marą. Akcja toczy się ociężale, jakby poza czasem. Reżyser przeplata smaki Filmu Noir z feerią barw typowych dla kina azjatyckiego. Mistrzowsko eksperymentuje z oświetleniem w filmie rozgrywającym się przeważnie w półmrokach. Lśniąca czerń wraz z burgundem, przydymionym brązem oraz ciepłym pomarańczem stanowią niebanalną mieszankę w kadrze, kontrastującą się z subtelną akcją na ekranie. Piękne sukienki ze sójką pani Chan, czy też orientalne krawaty pana Chow to kostiumy zapadające w pamięć i warte uwagi. Próby pogodzenia tradycji wraz z postępem są charakterystyczne dla zindrustizalizowanego, acz uświęconego zwyczajem, społeczeństwa Hong Kongu.

„Spragnieni miłości” to kino cieszące zmysły, uwypuklające barwy, dźwięki i zapachy. Muzyczny motyw przeplatający akcję, stanowi esencjonalny budulec napiętej atmosfery zamglonego hongkońskiego romansu. Niezwykle delikatne i wyrafinowane dźwięki smyczków Shigeru Umbayashi to przykład melodii idealnie współgrającej z tonem filmu, bez której obraz nie stanowiłby spójnej kompozycji. Niemożliwym byłoby pisanie o „Spragnionych miłości” pomijając iście Hopperowski aspekt ich nakręcenia. Bowiem kamera zamykając bohaterów w ramach okien, krat i ciasnych korytarzy, czyni istne cuda. Obraz odgrywa pierwszoplanową rolę w realizacji uczucia bycia ciągle obserwowanym. Śledztwo prowadzone jest zza filarów i rolet, kamera skupia się na zbliżeniach, podsłuchuje urywki rozmów domowników i ich ocenia.

Uczucie łączące panią Chan i pana Chow ma w sobie coś z psychoterapii. Oboje są bardzo krusi, zdominowani przez partnerów, niepokojąco milczący. Co ciekawe nigdy nie jest nam dane ujrzeć twarzy małżonków bohaterów. Zabieg ten jest o tyle kluczowy, iż urzeczywistnia samotność - dominantę fabularną filmu. Małżonkowie stają się cieniami ludzkich sylwetek, odwróconymi plecami, założonymi rękami, zagłuszonym głosem. Samo uczucie pary wyrasta z jałowego gruntu i robi to bardzo powoli. Pozwala zasklepić się ranom, wreszcie wypuścić korzenie. Przejawia się w delikatnych gestach, szepcie, uśmiechu... Wong Kar-Wai prowadzi ich relację, stroniąc od dosłowności. Stwarza wizję miłości, której brakuje fizycznej namiętności, wyuzdanych frazesów, gorączkowych uczuć, - miłości operującej zwykłą codziennością: wspólnym jedzeniem, pracą, przebywaniem ze sobą. W zachowaniu bohaterów wybrzmiewa romantyczny fatalizm, bowiem ich relacja od początku jest przejściowa i spisana na straty. Z wszelkich sił chcą uciec przed koszmarami poprzednich związków, „nie chcą być tacy jak oni”, ale końcem końców stają się odbiciem lustrzanym własnych małżeństw. Dlaczego nie są w stanie wyrwać się z jarzm przeszłości i wolą żyć ramami obrazu miłości? Dlaczego nie mogą namalować własnej historii uczuć? Te pytania pozostają na długo po seansie.

„Spragnieni miłości” mogliby równie dobrze być w całości wypełnieni dialogową ciszą i nadal przekazywać tą samą głębię relacji dwójki zagubionych ludzi. Ich miłosna przygoda jest jednocześnie perwersyjna i wyrafinowana, dogłębnie intymna i uniwersalna, zakopana w przeszłości, a jednak wciąż żyjąca i pulsująca w głowach widzów. Nic nie opisuje jej tak dobrze, jak melodyczny głos Pani Chan wypowiadający słowa - „Ciekawiło mnie tylko jak to się zaczyna. Teraz już wiem. Uczucia mogą się zakraść mimochodem”. Tak jak i mimochodem zakrada się admiracja dla takiego kina, opowiadającego tylko i aż o miłości.

skopiuj url:

Partnerzy