Recenzje

“Kobiety o kobiecości"

Film: ""Portret kobiety w ogniu""

Autor: Aleksandra zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Film Sciammy jest subtelny, wieloznaczny i wzrusza do łez. Pokazuje nam ona piękno miłościi zakochiwania się oraz następujące po tym cierpienie. Wyjątkowość tego filmu polega na niezauważalnych i oryginalnych niuansach.Reżyserka po raz pierwszy w swojej karierze sięga po kino kostiumowe, którego akcja rozgrywa się w XVIII wieku w surowym i ciemnym zamku na wyspie, oddzielonej od świata przez morze. Jej wcześniejsze filmy rozgrywały się współcześnie i były to raczej dramaty społeczne, ale pozostała ona wierna doborze głównej postaci, czyli kobiety. Co ciekawe prawie całkowicie zrezygnowała z postaci męskich.Jedna z pierwszych scen gdy Marianne (Noémie Merlant) znajduje się na łódce przypomina dzieło Jane Campion "Fortepian". Tylko zamiast fortepianu mamy płótna, a zamiast miłości kobiety do mężczyzny, miłość kobiety do kobiety. Ale to co łączy te dwa filmy to kobieca wrażliwość za kamerą, która jest kluczowa dla oddania subtelności i delikatności tych obrazów.Marianne przybywa na tę wyspę w celu namalowania portretu Héloïse (Adèle Haenel) bez jej wiedzy. Jest ona pogrążona w żałobie po stracie siostry. Obraz zamówiła jej matka, która chce, żeby jej córka wyszła za mąż. Pierwsza połowa filmu mija powoli. Obrazy są melancholijne, kamera statyczna, a my z ciekawością przyglądamy się niecodziennej metodzie malowania portretu oraz rozwijającej się znajomości pomiędzy Héloïse i Marianne.Gdy zaczynałam oglądać “Portret kobiety w ogniu” znałam tylko nazwisko reżyserki i wiedziałam, że został dobrze przyjęty na festiwalu w Cannes. Tym bardziej wspaniałą przygodą było dla mnie oglądanie dwóch wspaniałych aktorek Adèle Haenel oraz Noémie Merlant. Były one świetnie przygotowane do tak delikatnych i w gruncie rzeczy, przez pół filmu, minimalistycznych ról. Każdy ich gest, ruch, ich uśmiech i spojrzenie były tak dopracowane i prawdziwe, że ani przez sekundę na ekranie nie było nawet cienia sztuczności, ani przez sekundę ich gra nie była nudna, a wręcz przeciwnie była hipnotyzująca.W trakcie rozwijania się akcji jeden obraz zostaje zniszczony przez malarkę i powstaje drugi. Swoją przemianę przechodzą również główne bohaterki, w szczególności Héloïse, która z zimnej, apatycznej osoby u której tak trudno wywołać uśmiech zmienia się ciepłą, miłą kobietę posiadającą ogromne pokłady miłości. Pierwszy obraz był surowy tak jak pierwotna znajomość Héloïse i Marianne. W miarę rozwijania się ich wzajemnego uczucia obraz, który powstawał na płótnie stawał się bardziej żywy i ciepły. Zmienił się nawet sposób w jaki malarka nakładała farbę. Gdy wprowadzała ostatnie poprawki na płótnie, dotykała pędzlem namalowaną szyję Héloïse z taką czułością i delikatnością jakby muskała jej skórę własnymi dłońmi.Nie sposób nie wspomnieć o scenie aborcji, ponieważ została ona przedstawiona w filmie w sposób bardzo zaskakujący i oryginalny. Otóż kobieta, która dokonywała aborcji, sama miała w domu całą gromadkę dzieci. Obok służącej, gdy jej własne dziecko było usuwane, leżało niemowlę, które bawiło się jej palcami. Nie oskarżamy jej tylko rozumiemy ją. Nie patrzymy na nią jak na morderczynie, a jedynie jak na dobrą dziewczynę, która nie ma możliwości w danym momencie swojego życia właściwie zaopiekować się dzieckiem. Ponadto dwie główne bohaterki (pochodzące z wyższej klasy społecznej) i służąca pod wpływem zaistniałej sytuacji zbliżyły się do siebie. Wszystko to przedstawiło kobiecą siłę w sposób nienachalny, ale jakże piękny w swej prostocie.Ogromny ukłon należy również dodać autorce zdjęć Claire Mathon. Nie tylko poradziła sobie z tak trudnym oświetleniem jakim jest światło świec, ale również poprzez obraz udało jej się oddać subtelność i magię rodzącej się miłości i namiętności pomiędzy bohaterkami.W filmie prawie całkowicie zrezygnowano z muzyki. Jest jednak wykorzystany w filmie utwór, który odgrywa ważną rolę. Chodzi o “Cztery pory roku - lato” Antonia Vivaldiego. Jest on o tyle ważny, że staje się symbolem nieszczęśliwej miłości Héloïse i Marianne. Utwór ten towarzyszył na początku ich kwitnącego uczucia i już na zawsze będzie przywoływał im wspomnienia o ukochanej osobie. Owo wspomnienie, jak się okazało bardzo bolesne, przywołała Héloïse w ostatniej scenie w teatrze. W miarę słuchania muzyki z oczu płynęło jej więcej łez, a całe jej ciało drżało. Obraz ten jest tym boleśniejszy, że tak głęboki smutek był spowodowany przez kilka dni gdy była prawdziwie szczęśliwa i szczerze zakochana. Adèle Haenel przez te kilka minut dała niewiarygodny pokaz swojego talentu. Udało jej się przykuć uwagę widza oraz zacząć oddziaływać na niego niewyobrażalnym ciężarem emocjonalnym.Reżyserka inteligentnie zreinterpretowała oraz wplotła w fabułę mit o Eurydyce i Orfeuszu. Według niej Orfeusz sam dokonał wyboru i postanowił żyć nie z Eurydyką, a ze wspomnieniem o niej. Czy Héloïse i Marianne mają wybór? Od początku wiemy, że Héloïse ma wziąć ślub, a akcja toczy się w XVIII wieku gdzie niezależność kobiet jest odejściem od normy i wzbudza zaskoczenie. Może Héloïse i Marianne wiedzą, że ich związek nie przetrwa i dokonują wyboru, żeby nie żyć ze sobą tylko ze szczęśliwym wspomnieniem o sobie?                                                                               

skopiuj url:

Partnerzy