Recenzje

Zbrodnia wykwintnie zastawiona

Film: "Bankiet"

Autor: Natasza zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Czasem wyrażam mimowolną ekspresję siedząc przed ekranem. Niekiedy jest to okrzyk zdziwienia, innym razem zakrycie twarzy wywołane uczuciem zażenowania z powodu zachowań bohaterów. Oglądając film „Bankiet” Zofii Oraczewskiej parsknęłam śmiechem podczas ostatnich sekund. Kuriozalnym zjawiskiem wydało mi się niknące w mroku rybie oko oraz towarzyszący mu skrzypiący dźwięk. To wspomnienie, które jeszcze przez długi czas będzie prześladować mnie w pamięci, daje pewną satysfakcję.

Dorobek autorski filmów krótkometrażowych Zofii Oraczewskiej jest pokaźny, jedno z dzieł „Bankiet” z 1977 poruszające zjawisko konsumpcji dodatkowej przez człowieka, która z każdym kolejnym rokiem się zwiększa. Pomimo upływu lat ekranizacja nie straciła świeżości, a ponadto trzeba przyznać, że zrealizowana w prosty sposób trafia do odbiorcy. Ten satyryczny film wycinankowy, który trwa około 8 minut w humorystyczno-metaforyczny sposób przedstawia nam poważny problem, który bagatelizujemy. Porządkowanie rzeczywistości przez Oraczewską jest prowokacyjne oraz niekonwencjonalne, w groteskowy sposób autorka daje upust twórczej ekspresji, sprawiając, że widz łapie się za głowę. Ten przewrotny i pasjonujący polski film Studia Miniatur Filmowych w Warszawie został doceniony za granicą, otrzymał nagrody na festiwalach w Chicago oraz Melbourne.

Odpowiedzialny za dźwięk Jacek Ostaszewski sprostał zadaniu, ba, przeniósł odbiorcę w inny wymiar. Dzięki niemu w utwór wprowadza nas energiczna muzyka, z czasem zmieniająca się adekwatnie do sytuacji, skrupulatnie oddająca to, co w danej chwili widzimy. Kompozycja wkrada się do naszych uszu równie niepostrzeżenie, jak i opuszcza nas, pozostawiając przyjemne echo. Trzeba przyznać, że kontrast między wizualną a muzyczną oprawą jest zbilansowany dzięki, czemu nie ma czasu na jakiekolwiek myślowe odstępstwa od filmu. Brak dialogów pobudza wyobraźnię, słyszymy zgiełk, z którego nie jesteśmy w stanie wychwycić żadnego słowa, a odgłos nadjeżdżających aut i okrzyki zachwytu są wyrazem dbałości o najmniejsze szczegóły.

Ciekawą techniką został wykreowany świat, w którym rozgrywa się cała historia. Jest połączeniem wyciętych rzeczy, domalowanych kształtów, zbiorowiskiem kadrów, które następują po sobie i tworzą opowieść, można rzec, totalny miszmasz. Widać staranną ręczną robotę, która została włożona w to, by zapewnić jak największą gamę doznań podczas seansu. Dziś mamy możliwość oglądać komputerowe animacje, które choć urzeczywistniają świat, nie oddają w najmniejszym stopniu klimatu oldskulowego kina.

Na tytułowy „Bankiet”, który przygotowywany był bardzo starannie, zjeżdżają się zaproszeni goście. Kelnerzy oraz kucharze podczas krzątaniny dbają o to, by wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Wszystko wskazuje na to, że przyjęcie nie będzie się różniło niczym od innych, jednak eleganckich uczestników spotyka niemiłe zdarzenie. Człowiek, czujący się panem wszystkiego, nigdy nie zapanuje w pełni nad naturą, dlatego zawsze powinien być czujny, inaczej słono za to zapłaci. Kolejne sceny powiązane z poprzednimi są odstępstwem, od tego co wydarzyło się kilkadziesiąt sekund wcześniej. Widać, że fabuła jest owocem przemyślanej, długiej pracy, która w żaden sposób nie jest przerysowana.

Wkraczamy w film niczym na linię produkcyjną. Wbiegający kelnerzy rozstawiają zastawę stołową, jest w nich coś niezdrowego, zielonkawa cera budzi niepokój. Pośpiech, jaki temu towarzyszy, nie zakłóca pracy, każdy ma swoją rolę, wszystko idzie jak w zegarku. Kilkusekundowe zbliżenie na tacę pokazuje, jak obijające się naczynia cudem z niej nie spadają. Ciemne tło, na którym wyeksponowany jest zastawiony stół wraz z tym co na nim stoi, świadczy to o tym, jak ważny był bankiet. Przecieranie stołów oraz ostatnie poprawki są sygnałem, że zaraz stracimy z oczu kelnerów.

Gwiazdami wieczoru są potrawy wnoszone przez kucharzy. Towarzyszące im w wejściu do jadalni fanfary na myśl przywiodły mi „Ucztę Trymalchiona”, brakowało jedynie gospodarza rozdającego wieńce ze złota. Oba dzieła ilustrują ucztę, w której następuje makabryczny zwrot akcji, którego całkowicie się nie spodziewamy. Dryfujemy pomiędzy światem przepychu, a brakiem dobrego smaku, a przysłowie co za dużo to nie zdrowo zaskakująco trafnie wpisuje się w problem marnowania żywności. Oraczewska sprawnie posługuje się dynamiką i prostotą utworu by w kunsztowny sposób wyeksponować spektrum swojego dzieła nie naruszając jego fundamentu.

Warto zwrócić uwagę, że wszyscy goście są odświętnie ubrani w wycięte z gazet stroje, ich twarze oraz włosy są domalowane, a mimika zmienia się kilkukrotnie. Zebrany tłum wydaje się być niezwykle wytworny, jednak niesmak pozostaje po jego zachowaniu. Zaproszone osobistości odznaczyły się niegrzecznym i trywialnym zachowaniem, gdy nerwowo zerkały w stronę jadalni. Rozradowane twarze i błysk w oczach zgromadzonych zwiastował apogeum. Gdy zaczął się wyścig szczurów naturalne czynności takie jak ploteczki, przypudrowanie noska zostały zastąpione walką o najsmaczniejsze kąski. To wstrząsające zachowanie, pokazuje w jaki sposób ludzie nieświadomie walczą o ilości pokarmu, które są zbędne.

Moje serce podbiła scena, w której jeden z kelnerów stoi przy oknie z przytkniętymi rękoma oraz twarzą niczym dziecko czekające na przyjazd rodzica. Wypatruje on nadjeżdżających gości. Kiedy pojawią się pierwsze auta, wytrzeszcza oczy, które zmieniają się w dwie małe orbity, chyba to w swojej prostocie jest najbardziej ujmujące. Momentami nie sposób powstrzymać uśmiechu, który wkrada się na usta po komicznych scenach. Po obejrzeniu doznajemy uczucia satysfakcji z powodu tego, że forma filmu jest w odbiorze przyjemna, prosta oraz lekka, bez zbędnych fabularnych uwikłań. Przede wszystkim ma wywołać refleksję nad treścią i pokazać proces dekadencji społeczeństwa, ale czy zasługuje na aplauz?

skopiuj url:

Partnerzy