Recenzje

Koszmar mikroskopijnej plamki na prześcieradle

Film: "Osiem (2016)"

Autor: Agata zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Czytając już sam opis każdy odbiorca na wstępie wie, czego spodziewać się po takim seansie. Nie łez, nie strachu, nie wzruszeń, nie afirmatywnych uśmiechów. Jedyne, co pozostaje po obejrzeniu tego filmu, to pustka w nawet najgłębszych odmętach umysłu. Takie właśnie wrażenie wywołuje produkcja zatytułowana „Osiem” reżyserii Petera Blackburna.

Narracja fabularna od samego początku pozwala widzowi zaangażować każdą komórkę ciała w historię kobiety, będącej główną i właściwie przez większość czasu jedyną postacią w filmie. Montażysta świadomie nie wprowadza żadnych widocznych gołym okiem cięć, co sprawia, że przeżywamy każdą bezkresną minutę wraz z bohaterką. Brak muzyki eksponuje najmniejsze dźwięki do tego stopnia, że o palpitacje przyprawia dźwięk ciężkiego oddechu. Z wydechem Sary widz wdycha stres, który osiada na samym dnie naszych płuc, mimo dzielącej nas tafli monitora.

Jednym z najbardziej poruszających aspektów jest fakt, że ta historia to nie kolejny wymysł fantazyjnej wyobraźni kreatywnego scenarzysty, lecz wizualizacja codziennego życia wielu jednostek dotkniętych przez to zaburzenie. Po seansie zdajemy sobie sprawę jak ogromne mamy szczęście, ponieważ jesteśmy w stanie samodzielnie… pościelić łóżko. Automatyczne czynności wykonywane każdego dnia w ciągu niespełna kilku minut, nagle nabierają niewymownego wymiaru. Jednokrotne umycie zębów staje się dla Sary osiągnięciem tak wartościowym i nieosiągalnym jak dla innych wspięcie się na Mont Everest. Lubię filmy, które zmuszają człowieka, naturalnie mającego skłonności do niedowartościowywania, czy dopatrywania wyłącznie destruktywnych cech, by zaczął po krótkiej autorefleksji dostrzegać te drobne sukcesy i cieszyć się z prostoty własnego życia, która w normalnych warunkach z reguły przytłacza.

Zabiegi zastosowane przez twórców tej produkcji nie ograniczają się bynajmniej do powolnych ruchów kamery, braku widocznych cięć, czy muzyki. Warto poświęcić również swoją uwagę na kolorystykę, w jakiej utrzymuje się obraz. Przeważają tu kolory chłodne lub zimne, co nadaje lekko horrorowego klimatu. To zimno przenika nas, wprawiając w nastrój jeszcze większego niepokoju lub, można pokusić się także o określenie „psychozy”.

W świecie, gdzie każdy dzień to koszmar kolejnej mikroskopijnej plamki na prześcieradle, Sarah płacze nad niedomytym zlewem i panicznie ściera z siebie nieistniejące zarazki. Mimo sterylnej wręcz skóry, z widocznymi obdarciami od nadmiernego szorowania, widok kobiety, która myje swoje ciało z tak szewską pasją aż sprawia ból odbiorcy. W pamięć zapada szczególnie ta scena, gdzie podczas mycia się bohaterki, kamera pokazuje ręce Sary przez pryzmat szkła kabiny. Może to zwykły zabieg stylistyczny, jednak bardziej zaangażowani widzowie zauważą tu pewną symboliczną zależność. Sarah wyciąga ręce z nadzieją otrzymania pomocy, reżyser stara się pokazać nam, jak duszące jest osobiste więzienie, w którym poszkodowana się zamknęła. A co najgorsze, z tego więzienia przepustki nie da się otrzymać.Ci mniej wrażliwi po seansie będą mieć ciarki, inni wieczorem z lękiem udadzą się pod prysznic…

Gdy dowiadujemy się, że Sarah ma dziecko i męża, sprawy nieco się komplikują. Stajemy się nerwowi, tak jak sama bohaterka. Empatyczne współoddziaływanie nie daje o sobie zapomnieć choćby na ułamek sekundy. Podczas jednej ze scen reżyser serwuje nam widok zdjęć z dawnego życia chorej. Widok szokuje, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że mimo obecnego stanu Sarah ma za sobą ciekawą przeszłość, w której co więcej, wydawała się być szczęśliwa. W głowie automatycznie pojawia się homeryczna ilość pytań, przypuszczeń - to dobrze, reżyser dba o to, by zainteresować nas zawoalowaną tajemnicą. Empatia zaczyna gotować się i wrzeć we wnętrzu, kiedy słyszymy rozpaczliwe prośby dziecka i męża Sary o powrót do normalności. Dodatkowo, desperację intensyfikuje sposób, w jaki się komunikują. Kobieta nie jest gotowa na spotkanie z mężczyzną, dlatego rozmawiają ze sobą przez drzwi. Nie wiemy zatem jak wygląda jej wybranek, nie widzimy malujących się na jego twarzy emocji. Jedyne co pokazuje nam operator to reakcja Sary, która jest w tym momencie o krok od popadnięcia w inercyjne załamanie. To jeszcze bardziej zbliża nas do uczuć kobiety, choć zdawałoby się to niemożliwe. Teraz już nie tylko obserwujemy, ale sami stajemy się uczestnikami tych wydarzeń. To, doprawdy, silnie angażuje.

W trakcie tej porannej rutyny, co pewien czas z Sarą kontaktuje się jakaś kobieta. Motywuje ją do działania, informuje o tym, która jest godzina i ile czasu zostało jej do wyjścia. W finałowej części staje się jasne, że cały ten szereg wydarzeń to test, przygotowujący do powrotu ku normalności, być może także część terapii, której poddawana jest chora. Sarze udało się go zdać.

Ten film nie tylko uświadamia zarówno twórców, jak i odbiorców, że napięcie w filmie nie buduje się jedynie poprzez nieoczekiwane zwroty akcji, czy mrożące krew w żyłach filmowe zabiegi. Blackburn faktycznie udowadnia nam wszystkim, że fabuła nie musi być skomplikowana, by zainteresować i sprawić, że film utknie w pamięci każdego widza. Przede wszystkim jednak ten film porusza i z brudnymi butami wbiega do domów każdego z widzów, pozostawia mnóstwo refleksji. Życie Sary jest czarno-białe. Film natomiast pozwala docenić obecne w naszym życiu szarości.

skopiuj url:

Partnerzy