Recenzje

W cieniu latarni

Film: "Lighthouse"

Autor: Zofia zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Ostatnia dekada wniosła wiele dobrego do gatunku filmów grozy; wystarczy wspomnieć nazwiska kilku z reżyserów, którzy zadebiutowali horrorami w przeciągu ostatnich kilku lat, na przykład Ariego Astera, Jordana Peele'a czy Roberta Eggersa. Rok 2019 był czasem powrotu każdego z tych reżyserów na wielki ekran premierami ich kolejnych filmów. I chociaż zarówno „Midsommar" Astera jak i „To my" Peele'a są z pewnością produkcjami wartymi uwagi, to „Lighthouse" Eggersa wydaje mi się najciekawszym filmem z tego zestawienia – i zarazem jednym z najciekawszych filmów minionego roku.

„Lighthouse" rozpoczyna się jako historia o dwojgu ludzi, którzy pod koniec wieku XIX przybywają na niewielką wyspę, gdzie przez czterotygodniową zmianę mają doglądać stojącej tam latarni. Małomównemu Ephraimowi Winslowowi (Robert Pattinson) ma towarzyszyć stary wilk morski, Thomas Wake (Willem Dafoe), którego poprzedni pomocnik podobno oszalał i zmarł na wyspie. Ich odmienne usposobienia, potrzeba dominacji i spór o dostęp do znajdującego się na szczycie latarni światła, prowadzą do pełnego napięcia konfliktu między nimi, w którym na jaw wychodzą ich głęboko skrywane żądze i sekrety. Mewy krążą nad bohaterami jak omeny nadchodzącego nieszczęścia, alkohol pogłębia ich narastający obłęd, a wokół wyspy zaczyna szaleć sztorm, przez który latarnicy są skazani na swoje towarzystwo dłużej niż z początku przewidywali.

Niepokojąca atmosfera tego filmu, odczuwana już od pierwszej sceny, jest jednym z jego największych atutów. Eggers dowiódł, że potrafi fantastycznie budować napięcie w filmie już przy swoim debiucie - „Czarownicy", która, choć w wielu aspektach różni się od „Lighthouse", wciąż dzieli z nim narastającą z każdą kolejną sceną atmosferę głębokiego niepokoju. Chociaż „Lighthouse" nie może być jednoznacznie określony jako horror (o czym mówił sam jego reżyser), ma w sobie elementy filmu grozy, do których wlicza się niesłabnący mroczny nastrój, wywołujący poczucie dyskomfortu i nieokreślonego lęku u widza. Jednym z czynników, które tworzą ten klimat, są fenomenalne zdjęcia wykonane przez Jarina Blaschke’a. Film został nakręcony w czerni i bieli, w zbliżonym do kwadratu formacie 1.19:1, co narzuca skojarzenie z filmami z początków kina, ale przyczynia się też do klaustrofobicznego lęku widza, jakby dodatkowo ograniczając przestrzeń, w której znajdują się bohaterowie. Wielokrotnie w scenach kręconych nocą całe tło zdaje się tonąć w czerni, stwarzając złudzenie rozszerzania się kadru na cały ekran - i pozostawiając widocznym jedynie naświetlony punkt w jego centrum, jak światło latarni nocą. Dźwięk jest w tym filmie równie ważny, co strona wizualna – muzyka skomponowana przez Marka Korvena (tak jak Blaschke pracującego już wcześniej z Eggersem przy „Czarownicy”) od pierwszej minuty filmu pochłania widza, a syreny statków, których echa w niej pobrzmiewają, zdają się hipnotyzujące i złowrogie.

Również aktorzy wspaniale sprostali postawionemu przed nimi zadaniu; obaj wykreowali ciekawe postaci, których niejasna relacja – opierająca się raz na potrzebie bliskości, chwilę później na pragnieniu władzy i dominacji – fascynuje i zastanawia widza. Ich bohaterowie mają w sobie coś niepokojącego, co nie pozwala im zaufać; jednocześnie momentami nie są jednak pozbawieni elementów komicznych. Są sceny, w których aktorzy muszą balansować między komizmem a grozą; szczególnie dotyczy to postaci Willema Dafoe, który w jednym ze swoich monologów z podstarzałego latarnika przeradza się w postać potężną i budzącą lęk, zdającą się mieć morze i burzę na swoje rozkazy. Chociaż Dafoe zdaje się stworzony do roli, którą otrzymał, również Robert Pattinson zdecydowanie dowodzi w tym filmie swoich umiejętności – można mieć nadzieję, że po tej roli zdoła wreszcie zdystansować się od swojego dawnego wizerunku, który niefortunnie do niego przylgnął. W „Lighthouse” jego postać, z początku milcząca i owiana tajemnicą, jest powoli odkrywana przez widza, i na koniec rola Winslowa daje Pattinsonowi możliwość naprawdę zalśnić.

Czym dla postaci z „Czarownicy” były wierzenia ludowe, tym dla bohaterów „Lighthouse” są morskie przesądy. Robert Eggers podkreśla ich wagę w jednym z przeprowadzonych z nim wywiadów, w którym wypowiada słowa: „if you believe, it exists”. I to podejście reżysera do wierzeń jego bohaterów przejawia się w obu filmach Eggersa, gdzie trudno jest ustalić granice między rzeczywistością a mityczną fikcją. „Lighthouse”, przesycone również symboliką nawiązującą do mitologii greckiej, szczególnie zdaje się zwracać uwagę na znaczenie, które ma dla człowieka zakorzeniony w nim mit – oparty, jak stwierdza reżyser, na poszukiwaniu harmonii i porządku w chaosie. W filmie Eggersa zachwycająca jest jednak wielość interpretacji, z których żadna nie jest podana widzowi jak na talerzu; chociaż reżyser próbował uczynić „Lighthouse” możliwie jak najkrótszym i najbardziej skondensowanym filmem, wciąż można odnaleźć w nim ogrom wątków. Niezależnie, czy uwagę widza przykuje napięta relacja i walka między bohaterami, znaczenie górującej nad nimi latarni i szalejących wokół nieprzejednanych sił natury, czy obłęd, który ogarnia bohaterów – każde z tych i z innych spostrzeżeń może składać się na wartościową interpretację filmu. Nie należy więc spodziewać się, że wraz z jego ostatnią sceną reżyser ujawni, która z tych interpretacji jest właściwa – sam zresztą stwierdził raz, że woli pytania od odpowiedzi.

 

skopiuj url:

Partnerzy