Recenzje

Można i tak. Popkultura jako metoda transcendencji

Film: "Tajemnice Silver Lake"

Autor: Jan zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Najnowszy film Davida Roberta Mitchella, twórcy bądź co bądź osobliwego horroru Coś za mną chodzi (2014), opiera się na prostym założeniu: nie odrzucajmy pochopnie teorii konspiracyjnych, bo w każdej z nich drzemie ziarnko prawdy, a prawda nas wyzwoli.

Takie motto, rzecz jasna - jak to w postmodernizmie bywa - z przymrużeniem oka, choć jego biblijny ciężar wraz z upływem czasu filmu (niekrótkiego: Tajemnice Silver Lake to 140-minutowy behemot) staje się coraz bardziej przytłaczający dla Sama (Andrew Garfield), szczególnie gdy w taką konspirację okazuje się być wplątana nowo poznana sympatia znad osiedlowego basenu, Sarah (Riley Keough), która znika już na drugi dzień ich znajomości.

Film jest więc nie tylko o poszukiwaniu prawdy, ale też o pogoni za ulotną miłością. A przede wszystkim o tym, co znaczy odnaleźć sens. I w tym punkcie smak filmu jest bodaj najlepszy, a narracja najlepiej przez Mitchella skonstruowana, bo cała dotychczasowa podróż bohatera przez życie zdaje się mieć kulminację w akcji Tajemnic Silver Lake. Po tym, co się wydarzy, nic już nie będzie takie samo, choćby Sam miał wrócić do wszystkiego, co zostawił na rzecz szalonej przygody (a zostawił niemało, głównie długi i łatwowierną matkę).

To rodzaj spojrzenia, którego brakuje Wadzie ukrytej (2014) Andersona do pokazania pełni znaczenia popkultury dla naszego jednostkowego przeznaczenia. To spojrzenie, którego brakuje Oknu na podwórze (1954) Hitchocka do pełnej apoteozy postawy podglądcza. Sam oddycha, żywi się i określa tutaj w stu procentach popkulturą i obserwacją właśnie. A u Mitchella taki voyeuryzm zwyczajnie się opłaca. Tak jak opłaca się palenie marihuany, masturbacja do magazynów pornograficznych i opłacają się godziny spędzone na analizowaniu archiwalnych występów gwiazd pop w poszukiwaniu podprogowych wiadomości.

To wszystko opłaca się, bo świat Tajemnic Silver Lake jest pełen kodów, wobec których leniwy bohater urasta do rangi roztropnego detektywa i oświeconego rycerza w jednym. To mokry sen wszystkich alternatywnie ambitnych. Dla dociekliwych, szukających tam, gdzie nie trzeba, to wizja lepszego świata, nagroda za lata krzywych spojrzeń i zrywanych znajomości. Po prostu oda do dziwaków. I to jest fajne.

Takie stanowisko reżysera koresponduje z nieodpartą dziwnością estetyki Tajemnic Silver Lake, sprawnie poruszającej się na wielu poziomach odniesień filmowych, nawiązującej do złotej ery Hollywood (także jako miejsca), ale wiecznie podszytej obrazowością gier wideo i nie do końca zintegrowanej animacji cyfrowej, jak gdyby celowo pozostawionej w takim stanie, aby nie budzić złudzeń realizmu. Na wzmiankę zasługuje też genialna warstwa muzyczna, w większości dzieło Disasterpeace, uzupełnione o fundamentalną dla akcji piosenkę (napisaną specjalnie na potrzeby świata filmu) Turning Teeth w wykonaniu zespołu Silversun Pickups oraz mniej lub bardziej klasyczne piosenki z młodości bohatera.

Tajemnice Silver Lake to, od początku do końca, sen. Ukryty level w grze normickiego życia. Wizualizacja tego, co po drugiej stronie lustra. I wreszcie: nadzieja dla wszystkich spoza ścisłej finansowej elity.

Trudno powiedzieć, czy ta nadzieja, którą reżyser karmi popkulturowych świrów, jest płonna. Próżno szukać tu gorzkich socjologicznych rozpoznań o zetknięciu z tą prawdziwą rzeczywistością i prawdziwym społeczeństwem - bieg akcji jest wybitnie niezobowiązujący, kolejne wydarzenia prowadzą do siebie właściwie cudem, dziwnym przeznaczeniem, które sprawia, że Tajemnice Silver Lake to jazda bez trzymanki na kalejdoskopowej zjeżdżalni zbiorowej podświadomości współczesnego człowieka prosto do jej zaskakującego, konspiracyjnego bebecha, o którego naturze my, zwykli koneserzy kina, nawet nie śniliśmy. Perspektywa bohatera to perspektywa szczura, który przypadkiem znalazł się na pokładzie rejsu dookoła świata - niewiele rozumiejącego z tego, co przed sobą widzi, ale odczuwającego niemniej doniosłą rangę rozgrywających się dookoła wydarzeń.

W świecie Tajemnic Silver Lake roi się od normalnych ludzi, często sługusów mitycznego hollywoodzkiego układu, którzy po prostu chcieliby coś kiedyś osiągnąć. Konstrukcja filmu jest tu o tyle ciekawa, że przedstawia się nam wszystkie szczeble tej drabiny doskonałości - skala rozpina się od bohatera (kolokwialnie: lenia) do rezydujących na współczesnym Olimpie milionerów pół-bogów, korzystających z dóbr cywilizacji w sposób do cna religijny, bo mający się zakończyć (sic!) niebowstąpieniem. Hedonizm jest dla nieobeznanych, to transcendencja jest teraz en vogue.

Ale czy wszyscy mogą wznieść się na takie wyżyny? Bohatera bez wątpienia doświadczenie uczucia wyższego sprowadza, jak zawsze, w to samo miejsce. Choć bez wątpienia, zauważy widz, bogatszego duchowo i mającego jak gdyby więcej odwagi.

Odważniejszego, bo może wreszcie powiedzieć: a nie mówiłem?

A to najlepsze uczucie po tej stronie Mt Hollywood.

skopiuj url: