Recenzje

O tym jak młodzieńcem będąc uwiódł mnie Wes Anderson

Film: "Grand Budapest Hotel"

Autor: Jakub zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Anderson wielkim reżyserem jest, parafrazując słowa Gombrowicza. Jego geniusz najlepiej ukazuje się w filmie pt. "Grand Budapest Hotel". Kiedy pierwszy raz obejrzałem ową produkcję chyba nie do końca ją zrozumiałem. Może wówczas wiek stał na przeszkodzie właściwego odbioru magii tego obrazu. Jednakże było w niej coś co przyciągało, nie pozwalało oderwać wzroku i sprawiało, że kolejne sceny chłonęło się nie chcąc aby historia się skończyła. I tak jest niemal z każdym filmem Wesa Andersona. Historię, a co ważniejsze same kadry chce się dosłownie pożerać. Jednocześnie film ten jak dla mnie stanowi ukoronowanie wszystkich poprzednich dzieł reżysera. Elementy, które są charakterystyczne dla jego stylu tutaj dało się odczuć najbardziej. Symetria, pastelowa kolorystyka, scenografia - właśnie dzięki tym aspektom każdy kadr stanowi małe arcydzieło. Wszystko to sprawia, że film wyglądem przypomina wręcz baśń. I w ten baśniowy świat porywa nas Wes Anderson.

Akcja filmu ma miejsce w górskim hotelu, a jakże Grand Budapest. Cała oś fabuły ma zaś charakter, jak to się profesjonalnie określa, powieści szkatułkowej. Chodzi o to, że z jednej historii wchodzimy głębiej w drugą, a potem nawet trzecią i czwartą. Całość zaczyna sceną gdzie młoda dziewczyna czyta książkę o tym samym tytule co film. Później opowiadanie historii przejmuje sam autor powieści, żeby zaraz przenieść nas kilkanaście lat wstecz do hotelu, gdzie rozgrywa się właściwy bieg zdarzeń. Tutaj poznajemy Zero Mustafe (Tony Revolori) - właściciela hotelu, który znowu przenosi nas w przeszłość, aby pokazać jak został właścicielem tego przybytku, oraz przedstawić historię Gustava H. - konsjerża, a zarazem przełożonego Zero. Gustav, grany przez fenomenalnego Ralpha Finnesa, w dzień zapewnia swoim gościom profesjonalną obsługę. W nocy zaś zabawia żeńską część swej klienteli, w większości starszą i dobrze usytuowaną. Jest w tym tak dobry, że niejaka Madam D. (w tej roli Tilda Swinton) przepisuje mu w spadku niezwykle cenny obraz „Młodzieńca z jabłkiem”. Jednak jej syn Dmitri (Adrien Brody) oskarża Gustava o morderstwo, pomimo że, mając na uwadze wiek kobiety, mogła ona umrzeć z przyczyn czysto naturalnych.Sam schemat opowiadania historii sprawia, że da się tu zauważyć mnogość bohaterów epizodycznych. Dlatego też mamy do czynienia z całą plejadą gwiazd. Lista nazwisk nie kończy się tylko na wspomnianym wcześniej Adrienie Brodym, lecz pojawiają się jeszcze chociażby takie jak Jude Law, Willem Dafoe, F. Murray Abraham czy Edward Norton. Cała ta „szkatułkowość” nie tylko objawia się w formie narracji, ale również w pewnych scenach w filmie. Udało mi się znaleźć dwie przykładowe sytuacje. Pierwsza z nich, gdzie Gustav wraz z Zero są prowadzeni na spotkanie, które wymaga tego aby nikt o nich nie wiedział wymaga ciągłego zmieniania przewodnika. Każdy z nich kolejno wymawia „Czy to pan monsieur Gustav?”, aby po chwili zniknąć i dać miejsce swemu następcy. Druga ze scen natomiast to ta, w której konsjerż potrzebuje pomocy i dzwoni do licznych zaprzyjaźnionych hoteli.

Mogłoby się też wydawać, że bohaterowie nie doświadczają szczególnie krzywdzących wydarzeń skoro dzieło to komedia -tak jak przedstawiane jest w większości serwisów filmowych oraz zaprezentowane było na rozdaniu Złotych Globów. Jeśli jednak przeanalizujemy historię Zero to zauważymy, że wcale nie ma w niej tyle radości. Jest ubogim imigrantem który stracił rodzinę i naraża się ratując Gustava z więzienia. Na początku filmu dowiadujemy się nawet, że hotel lata sławy ma za sobą, a gorzki finał, którego nie chcę tutaj przytaczać jeszcze bardziej potwierdzić może tezę o niezaprzeczalnym tragizmie tego bohatera. Opowiadając historię, spośród wszystkich tych niepowodzeń Zero wybiera krótki epizod w Grand Budapest kiedy był szczęśliwy. Pokazuje to, że skłania się ku stwierdzeniu, że po rozliczeniu się z tragedią jednak warto było ją przeżyć.Za co jeszcze uwielbiam „Grand Budapest” ? Za muzykę. Niektórzy twierdzą, że muzyka nie jest aż tak ważna. I tutaj się nie zgodzę. Nawet najdrobniejsza scena może zmienić swój charakter jeśli doda się do niej inny podkład dźwiękowy. Z patetycznej może zmienić się w śmieszną i satyryczną jak i na odwrót. Tak samo jest i w tym przypadku. Alexander Desplat stanął na wysokości zadania tworząc soundtrack idealnie pasujący do całości dzieła. Muzyka ta może polskiemu odbiorcy kojarzyć się z Europą środkowo-wschodnią - i tak też właśnie ma być. Słyszymy tutaj czasami szybsze i weselsze tony przywodzące na myśl kozaka, lecz także wplecioną w twarde gardłowe tony chóru pieśń „Sanctus” w scenie z mnichami. Nie wspominając o tym, że Desplat dostał za tę ścieżkę dźwiękową Oscara.

Dzieło jakim jest „Grand Budapest Hotel” może być hołdem, czy też próbą przedstawienia świata, który istniał przed wojną naprawdę lub tylko w wyidealizowanych wytworach pamięci. Sposób przedstawienia na pozór prostej historii chwyta za serce i prowadzi myślami do lat dzieciństwa i baśni czytanych na dobranoc. Jedynym minusem w tym wszystkim może być niedosyt spowodowany tym jak opowieść szybko się skończyła. Sprawiło to, że musiałem opuścić ten wspaniały świat istniejący już tylko pośród wspomnień.

skopiuj url: