Recenzje

Na haju

Film: "Midsommar. W biały dzień"

Autor: Aleksandra zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

O niektórych filmach nie sposób zapomnieć. Wdzierają się do umysłu i pozostają na stałe. Bez wątpienia taki jest „Midsommar. W biały dzień” amerykańskiego reżysera i scenarzysty Ari Astera. Seans był dla mnie wielowymiarowym przeżyciem. Mimo że film obejrzałam już parę miesięcy temu, to intensywność doznań sprawiła, że wraca on do mnie nieustannie. Czułam i czuję do teraz, że nic w tym nie zostało ukazane przypadkiem. Po wyjściu z sali kinowej towarzyszyło mi zdziwienie, że „Midsommar. W biały dzień” został tak przychylnie przyjęty przez multipleksy. Bez wątpliwości to kino artystyczne, które nie zawsze spotyka się z pozytywnym odbiorem tzw. przeciętnego widza, jednakże kunszt reżysera sprawił, że film mógł dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Myślę, że to niezwykła zdolność. Tu warto wspomnieć, iż za zdjęcia odpowiedzialny jest Polak – Paweł Pogorzelski. Współpraca między nim a scenarzystą trwa już od dawna i sam Pogorzelski w jednym z wywiadów mówi, że polega na nieustannym doskonaleniu opowiadania historii. Dodaje także, że nie był uczniem szkoły filmowej, jednakże wieloletnie tworzenie filmów z Asterem jest równoznaczne z ukończeniem jej. Cała ekipa filmowa włożyła ogromny wysiłek w realizację projektu, a praca w lato przy wysokiej temperaturze to nie lada wyzwanie. Jeśli chodzi o reżysera, to po debiucie „Dziedzictwo. Hereditary’’ wróżono mu świetlaną przyszłość. Horror zrealizowany z prawidłami właściwymi temu gatunkowi jednocześnie z innowacyjną nutą, która wydawałaby się być preludium do całkiem nowego postrzegania filmów grozy, jest marką tego reżysera. Nietypowość Astera wiąże się ze sprawnym żonglowaniem między gatunkami filmowymi. Sprawiło to, że oglądając „Midsommar. W biały dzień”, całkowicie zapomniałam, że mam do czynienia z gatunkiem horroru, gdyż wszystko wskazywało na dramat psychologiczny. Nie tylko pluralizm gatunkowy pozwolił spojrzeć na ten film w niekonwencjonalny sposób. Przy kręceniu użyto metody wysokiego klucza oświetleniowego, a wszechogarniającą jasność potęgowały białe stroje bohaterów. Zabieg był innowacyjny, bo przecież większość filmów grozy tonie w mrocznych ciemnościach, a światło się ledwo tli. Oprócz oryginalnego oświetlenia kadrowanie wymykało technicznym normom. Przykładem jest rozmowa bohaterów; został tu wykorzystany plan ogólny, a nie często stosowany w czasie dialogów plan amerykański czy też średni. Film Astera niepozbawiony był również elementów komicznych głównie dzięki postaci Marka (Will Poulter), który był archetypowym błaznem. Wykorzystano go do stworzenia paru świetnych fabularnie scen rodem z sitcomów.

Warto też przyjrzeć się protagonistce (Florence Pugh). Młoda aktorka dobrze rokuje; była nominowana przez Brytyjską Akademię Sztuk Filmowych i Telewizyjnych w 2018 jako „Największa aktorska nadzieja kina”. Dani, czyli głowa bohaterka, zmagała się z napadami lękowymi oraz trudną sytuacją rodziną. Postać została odegrana autentycznie, wydawało się, że nie przez aktorkę, lecz osobę naprawdę dotkniętą ogromną tragedią. Jej chłopak Christian (Jack Reynor) nie stanowił dla niej oparcia. Jedynie przyjaciele jej chłopaka zlitowali się, proponując wspólny wyjazd na festiwal do Szwecji. Osnowę dla filmu stanowiła ludyczność skandynawska oraz jej rytuały. „Czekanie na śmierć, walka z nieuchronnym niczemu nie służą”. To jedno z tłumaczeń po dokonanym rytualnym skoku ze skały „Ättestupa”. Drastyczna tradycja była szokiem dla bohaterów. Odzwierciedlenie tego w prawdziwym życiu jest mniej drastyczne. Badacze wykazali, że legendy o zrzucaniu starszych ludzi na śmierć, gdy nie byli w stanie się utrzymać lub pomagać w gospodarstwie domowym, nie miały miejsca; dodatkowo pochodzą z groteskowej opowieści o średniowiecznej Islandii. Opowiadanie to nosiło tytuł „Historia głupców z dolin” i dotyczyło rodziny, która wolała skoczyć z urwiska „Ættarstapi’’ niż zapłacić za gościnę. Po przetłumaczeniu sagi „Gautreks” niektóre miejsca w Szwecji zaczęto oznaczać sformułowaniem „Ättestupa’’. Mimo historycznych odkryć istnieją wcześniejsze wzmianki o samobójczych urwiskach. Historyk Solinus opisał miejsce, gdzie światło dzienne nie ustaje między równonocą wiosenną a jesienną, a klimat jest tam tak zdrowy, że ludzie nie umierają, lecz rzucają się sami z wysokich skał do morza. Oprócz obrzędu luźno inspirowanego historią, miały miejsce takie, które są praktykowane do dzisiaj. Ukazano tradycję tańczenia dziewcząt wokół drzewka majowego (te „igrzyska” występują również w Polsce). Związane są z fallicznym kultem płodności. Wygrywa ta, która najdłużej tańczyła. Oglądając tę scenę, można się samemu zatracić; dziewczęta przyśpieszają i tworzą nowe figury, a wszystko dzieje się po spożyciu psychoaktywnych substancji. Świat wiruje dookoła. Zwyciężczyni zostaje „Majową Królową”, która charakteryzowała się siłą oraz płodnością. Można się spodziewać, że miano uzyska Dani. Otrzymanie korony zostało już zapowiedziane wcześniej, gdyż na obrazie w jej domu.

Film Astera miał bardzo ciekawą właściwość; był prowadzony obrazami. Przed czołówką na ekranie pojawiła się ilustracja, na której ukazano chronologicznie wydarzenia oraz postacie przypominające bohaterów. Aby zmierzyć się z owym zabiegiem potrzebne było skupienie i otwarty umysł. Ma samym początku widz może zauważyć, że w mieszkaniu Dani wisiał obraz, który przedstawiał dziewczynkę w koronie patrzącą na niedźwiedzia. Postać przypominała bohaterkę, która również stawiała czoło niebezpieczeństwu. Wykorzystane obrazy stanowią zdecydowanie element unifikujący ten film.

Im widz dokładniej skupi się na scenerii, tym więcej ujrzy. Na mnie wywarło ogromne wrażenie to, z jaką pieczołowitością potraktowano symbole. Można je było spotkać wszędzie, zarówno na elementach scenografii oraz ubraniach ludowych bohaterów. W głównej mierze w filmie pojawiły się runy, które mają energetyczne właściwości; dodatkowo stosowane przy wróżeniu i tworzeniu talizmanów. Często w oczy rzucała się runa podobna do litery R. Jej znaczenie wiąże się z podróżą, kołem, nieustannych ruchem, więc także z tańcem oraz cyklicznością zdarzeń. Film Ari Astera można dokładnie tymi słowami opisać. Warto także zwrócić także uwagę na ułożenie stołu w kształcie runy „Odala”, oznaczającej dziedzictwo oraz bezpieczeństwa płynącego z domu rodzinnego.

Bohaterowie wszelkie ceremonie przeżywali o wiele intensywniej, a wszystko za sprawą narkotycznych substancji. Grzybki, herbatki z wody o specjalnych właściwościach sprawiały, że deliryczny stan jest codziennością. Świat widziany przez pryzmat odurzających wizji był łatwiejszy do przyjęcia niż wydarzenia w wiosce. Ten element pozwolił na przygotowanie kilku świetnych wizualnie scen np.: wrastające korzenie drzewa w stopy bohaterki czy też kwiaty, które poruszały się, ożywiając jej szatę. Były to efekty wysokiej jakości i pozwalały na estetyczne przeżycia.

Myślę, że jednym z ciekawszych, nie rzucających się wprost aspektów filmu, był stosunek do chrześcijaństwa. Owe zagadnienie zwróciło moją uwagę przez imię chłopaka Dani – Christian, które w wolnym tłumaczeniu oznacza pomazańca/Chrystusa. Zwieńczenie losu bohatera być może ukazuje zagrożenie chrześcijaństwa powodowane powrotem do rodzimowierstwa. Dodatkowo wyraźnie zarysowano takie kwestie jak rola rodziny, związku ale także wciągniecie w sektę czy wartość przyjaźni; w filmie niestety zgubnej.

Mnie „Midsommar. W biały dzień” całkowicie pochłonął. Myślę, że Ari Aster podzieli fanów horroru. Reżyser wprowadził nowe spojrzenie na filmy grozy, które zapewne znajdzie swoich zwolenników, jak i oponentów. Nawet jeśli widzowi nie przypadnie do gustu, to jednak nie sposób aby nie docenił zaangażowania oraz nowatorstwa reżysera. Ja z niecierpliwością czekam na kolejne filmy!

skopiuj url: