Recenzje

,,Równość jest przyjemna"

Film: ",,Portret kobiety w ogniu""

Autor: Dominika zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

„Równość jest przyjemna”. To zdanie z filmu Céline Sciammy „Portret kobiety w ogniu” utkwiło mi w pamięci najbardziej. Héloïse (Adele Haenel) odnosi je do swego pobytu w zakonie. Zatrważający jest fakt, że tylko tam kobiety mogły poczuć się równe innym. Rzecz dzieje się pod koniec XVIII wieku.Marianne to malarka, która dostaje za zadanie namalować portret Héloïse, od niego będzie zależeć, czy jej przyszły mąż ją zechce. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ma go namalować z pamięci. Młoda szlachcianka robi bowiem wszystko, by do małżeństwa nie doszło. Marianne podaje się więc za damę do towarzystwa, korzystając z każdej okazji do bacznego przypatrywania się Héloïse. Między kobietami rodzi się uczucie. 

Jest to film prawie w całości pozbawiony mężczyzn, a jeżeli już pojawiają się w filmie, to w mało znaczących rolach lub w tle. Kobiet jest więcej (festyn!), ale trzy z nich poznajemy bliżej. Każda wprowadza swoje doświadczenie, ograniczenie, jakie nakłada na nią zdominowany przez mężczyzn świat. Marianne jest zdolną malarką, lecz przez swą płeć ma ograniczone możliwości rozwoju, poza tym, aby jej obrazy mogły być pokazywane szerszemu gronu odbiorców, musi podpisywać się nazwiskiem ojca. Héloïse jest zmuszona do małżeństwa z mężczyzną, o którym wie tylko tyle, że pochodzi z Mediolanu. Sophie mierzy się z decyzją, czy urodzić i samotnie wychować dziecko (z tym wątkiem łączy się scena z jednym z największych ładunków emocjonalnych).

Reżyserka prawie całkowicie zrezygnowała z muzyki. Cisza podkreśla bardzo powoli budowaną relację pomiędzy bohaterkami i sprawia, że obraz staje się o wiele bardziej subtelny, nie zamienia się w ckliwy melodramat, lecz pozostaje kameralną historią o odkrywaniu miłości. Duża to też zasługa świetnej i autentycznej gry aktorskiej Noemie Merlant oraz Adele Haenel opierajacej się w dużej mierze na niuansach, spojrzeniach czy gestacch. 

Nie mogę nie wspomnieć o malowniczych kadrach! Większość można by oprawiać w ramki i porozwieszać w muzeach. Wspaniale też dopełniają historię swoją warstwą metaforyczną. Scena z początku filmu, kiedy to naga Marianne suszy się przy kominku pomiędzy dwoma obrazami to kwintesencja opowieści. Malarka i płótna, na których powstaną dwa obrazy, mające zmienić jej życie i sprawić, że zapłonie w niej ,,ogień uczuć”. Czy też scena pierwszego pocałunku bohaterek, kiedy to powoli rozwiązują zasłaniające usta chusty jak gdyby symbolizując porzucenie sztywnych konwenansów nie dopuszczających do tej miłości.

Film oczywiście nie jest bez wad. Być może dla niektórych porównanie Héloïse i Marianne do Orfeusza i Eurydyki czy nawiedzające Marianne widmo Héloïse w sukni ślubnej wyda się zbyt sztampowe lub kiczowate. Kłuć też w oczy mogą pewne podobieństwa do ,,Call me by your name” Luca Guadagnino, jak choćby rozstanie Elio z Olivierem i miłość ocalona we wspomnieniach.

Dla mnie jest to film piękny. Nie tylko ze względu na kadry czy historię miłości, ale przede wszystkim dlatego, że jest o upragnionej przez kobiety równości, która jest przecież taka przyjemna.

skopiuj url: