Recenzje

Kamyk szczęścia

Film: "„Green Book”"

Autor: Jakub zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

„Green Book” w reżyserii Petera Farrelly’a to nie tylko usiana licznymi żartami zabawna opowieść, ale przede wszystkim historia przyjaźni dwóch ludzi, która pozostawia uśmiech na twarzy widza, pozytywnie nastawia do świata i zmusza do refleksji.

Tony „Warga” (Viggo Mortensen) o trudnym do wymówienia nazwisku Vallelonga, jest drobnym oszustem i bajerantem o włoskich korzeniach a także miłośnikiem doskonałego jedzenia. Mieszka w Nowym Jorku wraz z żoną Dolores (Linda Carellini) oraz dwójką dzieci. Pracuje jako ochroniarz w jednym z nocnych klubów. Kiedy Tony traci zatrudnienie i poszukuje nowej pracy, otrzymuje propozycję zostania szoferem doktora Dona Shirleya (Mahershala Ali). Pracodawca okazuje się być bogatym czarnoskórym pianistą, który proponuje pracę kierowcy na trasie koncertowej. Warunek jest tylko jeden: na dwa miesiące musi opuścić dom i rodzinę. Początkowo niechętny „Warga” przyjmuje jednak jego propozycję i w ten sposób wyrusza w podróż, która na zawsze odmieni jego życie. A wszystko to z tytułowym przewodnikiem „Green Book” i oczywiście ze świetną muzyką klasyczną.

Gdyby jednak uważnie spojrzeć na głównych bohaterów tego filmu, to naprawdę trudno byłoby uwierzyć w możliwość powstania między nimi relacji tak silnej, że nie byłyby jej w stanie przełamać żadne uprzedzenia, bądź przeciwności losu. Typowy włoski „makaroniarz” Tony o dość pospolitym guście muzycznym i gastronomicznym żyje według prostego, nakreślonego przez siebie sposobu, w którym nie ma miejsca dla żadnych zahamowań lub wątpliwości. Jak sam mówi w jednej ze scen, ojciec nauczył go, aby każdą czynność wykonywać na sto procent. Tak powstaje pewna zasada: gdy śpisz, to śpisz, gdy pracujesz, to pracujesz, a gdy jesz, to… po prostu jesz. Tony to swój chłopak z ulicy, z którym większość oglądających może się bardzo szybko utożsamić i bez problemów go polubić ze względu na jego bardzo optymistyczne nastawienie do świata i autentyczność w wykonywaniu każdej czynności – nawet jeśli dla kogoś innego wyda się ona niesłuszna. Z kolei Don to wieczny idealista, dążący za każdym razem do perfekcji, który nie ufa żadnemu nowo spotkanemu człowiekowi i ma do tego powody. Jest wielkim fascynatem muzyki klasycznej, nigdy nie zje żadnego posiłku bez sztućców i talerza, a dodatkowo, aby w trakcie jazdy nie zmarzły mu nóżki, kładzie na kolana kocyk. Osiągnął sukces, jest bogaty, ale przed wszystkim jest samotnikiem, którego pokoju nie wypełnia żadna dusza, a jedynie cała masa dziwnych i zupełnie zbędnych akcesoriów. Jak sam mówi w jednej z najbardziej emocjonalnych scen: skoro nie jest ani wystarczająco biały, ani czarny, to kim jest? Oba te zupełnie od siebie odmienne światy ścierają się, dając początek niezwykłej przyjaźni.

Wątek dyskryminacji został zgrabnie wpleciony w główną treść fabuły, w której niezwykle ważną rolę odgrywa wzajemne poznawanie świata. Wbrew pozorom „Green Book” nie opowiada zwykłej historii o podróży, w trakcie której przez ponad półtorej godziny jesteśmy świadkami filozoficznych rozmów bohaterów w aucie. Pełno tu przestojów, gdy Tony nie mogąc się powstrzymać, albo musi zajrzeć do jakiegoś fast-fooda, by następnie przez pół drogi zachwycać się smakiem kurczaka w panierce o wymownej nazwie Kentucky, albo aby załatwić się za samochodem, a czasem po to, by obejrzeć marynarki dla swojego pasażera lub podnieść leżący na ziemi kamyk. Świadkiem tych przygód niezdarnego, ale i tak ukochanego i zabawnego Tony’ego, jest nie kto inny, jak jego z początku sztywny do granic możliwości zleceniodawca. Starcie tych dwóch zupełnie odmiennych światów generuje wiele przekomicznych momentów, gdy Don kolejny raz próbuje wychować i nauczyć swojego szofera prawidłowych zasad zachowania. Stąd też w tej opowieści pojawia się tak wiele niewymuszonego humoru, który bawi do łez. Nigdy nie należałem do fanów komedii, ponieważ według mnie tylko niektóre z nich dostarczały głębszych refleksji. „Green Book” bez wątpienia należy do tych rzadkich przypadków, w których zabawne momenty, nie przesłaniają trudniejszych tematów. Dzięki temu staje się jednym z najinteligentniejszych filmów komediowych ostatnich lat, w czym zasługa przede wszystkim fantastycznie napisanego scenariusza, do czego znacząco przyczynił się między innymi Nick Vallelonga, syn prawdziwego Tony’ego Vallelongi. Świetnie on bowiem rozgranicza te dwie struktury – komediową oraz dramatyczną – dostarczając nam tym samym niezwykle emocjonalne widowisko, które na długo potrafi utkwić w głowie widza.

Zdecydowanie największym pozytywnym zaskoczeniem jest osoba samego reżysera, Petera Farrelly’ego, znanego raczej z niezbyt ambitnych „wyczynów” na wielkim ekranie, za które nawet zdarzyło mu się odebrać nagrodę Złotej Maliny. To czego teraz dokonał, jest wprost nieprawdopodobne. W swoim najnowszym filmie popisał się on bowiem nie tylko zaskakująco mądrym scenariuszem, ale też bardzo przemyślaną reżyserią, w której idealnie pogodził wątki komediowe z tymi, które mogą zmusić widza do refleksji. „Green Bookiem” Peter Farrelly pokazał całemu światu, że każdy może się zmienić. Jak bardzo pasuje to do pojawiającej się w tym filmie idei sugerującej widzowi, że na poprawę i zmianę swoich uprzedzeń w stosunku do drugiej osoby nigdy nie jest za późno!

Najwięcej satysfakcji oglądającemu „Green Booka” i tak sprawia podziwanie absolutnie znakomitego show aktorskiego w wykonaniu Viggo Mortensena oraz Mahershali Alego. Ta dwójka aktorów stworzyła tak rewelacyjny duet, że na długo pozostanie on w historii kina jako niezwykłe połączenie dwóch zupełnie obcych sobie ludzi. Ta zupełna odmienność nie byłaby jednak tak dobrze zauważalna gdyby nie właśnie ta dwójka aktorów, wcielających się odpowiednio w role zabawnego Tony’ego oraz nieco bardziej ekscentrycznego muzyka-pianisty, Dona Shirleya. Postacie przez nich grane nie tworzą jednak wyłącznie świetnego duetu, bo także same w sobie pozostają w dalszym ciągu rewelacyjnie rozpisanymi bohaterami, ze świetnie rozwiniętymi cechami osobowościowymi. Znakomitą rolę pod tym względem zalicza zwłaszcza Viggo Mortensen, który w tym roku jest jednym z faworytów do otrzymania statuetki Oscara za najlepszego aktora pierwszoplanowego. I mam nadzieję, że ją otrzyma, bo duński aktor, znany wcześniej choćby z roli walecznego Aragorna w trylogii „Władca Pierścieni”, w tym filmie przechodzi wręcz samego siebie, doskonale odnajdując się zarówno w żartobliwym, jak i nieco bardziej dramatycznym repertuarze. A co ważne – w obu tych kreacjach wypada nad wyraz przekonująco i to właśnie dzięki niemu nie da się nie polubić zwykłego bajeranta Tony’ego, którego riposty potrafią ubawić tak, że w czasie seansu trudno powtrzymać się od wybuchu śmiechu. Viggo Mortensen zupełnie mnie zaskoczył wielkim talentem do scen komediowych, w których wypadł wręcz znakomicie, dodatkowo prezentując chyba najlepszy sposób na jedzenie pizzy. Godnie partneruje mu również Mahershala Ali, który już ma na swoim koncie Oscara za rolę w „Moonlight”. O ile jednak tamtej kreacji do dzisiaj nie uważam za godną statuetki, to za rolę początkowo zadufanego w sobie Dr Dona Shirleya przyznałbym mu wszystkie nagrody.

Zapewne niektórzy widzowie mogą odebrać tę historię jako bajkę o przyjaźni białego z czarnoskórym, która nie niesie za sobą nic nowego. Mimo to „Green Book” przez cały seans jest uczciwy w stosunku do widza i nie próbuje być niczym więcej, niż jest. Bo to co prawda zwykła opowieść o przyjaźni dwóch ludzi, ale „najpowszechniejszą ich cnotą jest odmienność”, która właśnie może wzruszyć, rozbawić do łez, a na sam koniec pozostawić uśmiech na twarzy widza. Czego chcieć więcej? W każdej podróży i spotkaniu można spotkać kogoś, kto okaże się towarzyszem życia w mozolnej ziemskiej wędrówce. Wystarczy się na to otworzyć, wyzbyć się wszelkich uprzedzeń, aby w ten prosty, ale jakże skuteczny sposób, tak jak Tony podnieść z ziemi swój własny kamyk szczęścia w postaci przyjaciela, który niczym talizman nawet w chwilach największej niedoli, będzie przynosił radość i… spełnienie.

skopiuj url: