Recenzje

Komu w drogę, temu czas

Film: "Fuga"

Autor: Michalina zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Siedząca na kanapie studia telewizyjnego Alicja emanuje spokojem. Mimo czujnych oczu wpatrzonych w nią kamer wydaje się niemal flegmatyczna, a na kolejne pytania dziennikarki odpowiada zdawkowo lub wcale. Nagle w pomieszczeniu rozbrzmiewają słowa starszego mężczyzny. Drżącym głosem przedstawia się jako ojciec zaginionej i przekazuje zaskakujące, ale i długo wyczekiwane wieści: Alicja nie jest Alicją. To córka, żona i matka – Kinga Słowik. Na twarzy bohaterki pojawia się grymas zdziwienia. Nie może uwierzyć mężczyźnie i nie poznaje w nim osoby, za którą się podaje. Powód? Fuga dysocjacyjna – zaburzenie psychiczne cechujące się całkowitą amnezją wsteczną.

Film o utracie pamięci? Bohater walczący o odzyskanie wspomnień? Dramatyczne poszukiwanie pozostałości dawnego życia? Temat amnezji uwielbiany jest przez twórców X muzy. Począwszy od Urzeczonej Hitchcocka, przez animację Gdzie jest Dory?, miłosny Pamiętnik, po polskiego Znachora – zliczenie wszystkich pozycji wydaje się niemożliwe. Jednak, jak to często w kinie bywa, nawet najbardziej sprawdzony motyw nie pomoże, gdy za projektem nie stoi frapujący koncept oraz determinacja twórców. A jak sprawy mają się z Fugą Agnieszki Smoczyńskiej?

Scena w studiu telewizyjnym nie powstała w próżni. Kilkanaście lat temu nosząca się z zamiarem napisania własnego scenariusza Gabriela Muskała, spoglądając w ekran odbiornika, natrafiła na program Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie i na własne oczy zobaczyła moment odnalezienia zaginionej kobiety przez jej rodzinę. Zafascynowana potencjalnym dalszym ciągiem tej historii postanowiła uczynić z niej materiał na swoją opowieść. Szybko integralną częścią projektu stała się Agnieszka Smoczyńska na stanowisku reżysera i w końcu, po wielu latach wspólnej pracy, artystki stworzyły spójne dzieło, przemyślane od formy zaczynając, na tematyce kończąc.

Już w fazie preprodukcji Muskała oznajmiła, że nie zamierza oddać nikomu głównej roli i trudno jej się dziwić. Znaczące spojrzenia, ton głosu, sarkastyczne uśmiechy – wszystko wydaje się znajdować na swoim miejscu, uwypuklając jedną z największych zalet Fugi, jaką jest możliwość utożsamienia się z bohaterem. Każdym bohaterem. Niezależnie od tego czy na ekranie widzimy postać Muskały, partnerującego jej stonowanego Łukasza Simlata, czy innych członków rodziny, perspektywa każdego z nich wydaje się autentyczna.

Począwszy od otwierającego ujęcia trwającego niemal trzy minuty, film umiejętnie żongluje kolejnymi zabiegami technicznymi, nigdy nie stawiając przy tym jednak formy ponad treścią. W przeważającym stopniu ruch kamery jest znikomy lub wręcz nieobecny, zbliżenia i detale na twarze bohaterów występują sporadycznie, zmuszając widza do przyjęcia roli biernego obserwatora wydarzeń. Wśród statecznych, szerokich kadrów wypełnionych dziennym oświetleniem wyróżniają się ujęcia skąpane w ciemnym błękicie rodem z fotografii Gregory'ego Crawdsona szczególnie widoczne w kilku graniczących z fantastyką onirycznych scenach włączonych do fabuły przez nieakceptującą czystego kina gatunkowego Smoczyńską. Nie brakuje też w Fudze momentów zachwycających nawet po wyrwaniu z szerszego kontekstu. Scena tańca Muskały i Simlata sama w sobie jest zmysłowym przeżyciem estetycznym, a użyty w niej utwór Lovers are Strangers już po pierwszym seansie ciężko wyrzucić z głowy. Z drugiej strony mamy sekwencję ukazującą przeklejanie biurowych karteczek opisujących kolejne przedmioty rozmieszczone w pomieszczeniu, która bawi niczym fragment świetnej komedii. Jednak prawdziwa siła tych scen kryje się w czymś dla nich wspólnym, relewantnym dla ogółu dzieła - zbliżaniu nas do bohaterów, a przede wszystkim bohaterów do siebie nawzajem.

De facto właśnie z tą intymnością wiąże się intrygująca ambiwalencja. Z momentem przekroczenia progu rodzinnego domu przed postacią Muskały otwierają się dwie drogi. Z jednej strony może powrócić do bliskich, a z drugiej odejść, pozostając stuprocentową indywidualistką. Oba rozwiązania wydają się jednocześnie tak samo dobre, co niewłaściwe. Z każdą chwilą rośnie zdezorientowanie głównej bohaterki, a wraz z nią nasze potęgowane dodatkowo specyfiką obrazu. Twórczynie bynajmniej nie ułatwiają zadania, stawiając przed widzem doszczętnie neutralną scenografię oraz zasypując nas ciągłymi i na pozór chaotycznymi zmianami miejsca akcji. W jednej ze scen posunęły się wręcz do zafundowania fugi odbiorcom, dla których w mgnieniu oka przyjazna plaża staje się całkowicie obcym miejscem.

Fuga powszechnie utożsamiana jest z kinem feministycznym i nic dziwnego - stworzona w głównej mierze przez kobiety ma płci pięknej wiele do zaoferowania. Poza obaleniem mitu matki Polki, która po cudownym powrocie do domu z radością znów zajęłaby się swoimi poprzednimi obowiązkami, bierze też na warsztat tematy ról w rodzinie oraz samorealizacji. Twórczynie nie ukrywają inspiracji dziełami innych kobiet – od dramatu Penny Marshall Przebudzenia po serię fotografii Zaginieni Karoliny Jonderko. Jednak na szczęście Smoczyńska i Muskała nie próbują tu stworzyć manifestu, obrazu kierowanego jedynie do połowy populacji. Wymagają od widza skupienia i otwartości umysłu, ale za wytrwałość nagradzają każdego. Nawet za fasadą aktualnej współcześnie oscylacji pomiędzy życiem w zgodzie z sobą samym a uległością presji społeczeństwa, pojawia się wiele innych ciekawych pytań. I co najważniejsze – nikt nie zamierza na te pytania odpowiadać za nas.

Alicja czy Kinga? Ta sama osoba, a jednocześnie dwie kompletnie od siebie różne, chociaż tak naprawdę nie poznajemy żadnej z nich. Twórcy przedstawiają nam hybrydę i to wcale nie w pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Wśród konformistycznego świata choroba, będąca demiurgiem większości filmowych problemów, odziera bohaterkę z biografii i pochodzenia, tym samym zostawiając ją z czystą kartą (co dodatkowo uwydatnia całkowita rezygnacja z backstory) i możliwością wykreowania siebie od podstaw, jak nowo narodzone dziecko, przed którym życie stoi otworem. Tak więc, czy wyjście ze stanu fugi dysocjacyjnej faktycznie można nazwać wyzdrowieniem?

Po nowym filmie reżyserki Córek dancingu oczekiwać można było wiele, ale mało kto spodziewał się dzieła aż tak odmiennego od debiutu, a zarazem spójnego i dojrzałego artystycznie. Smoczyńska umiejętnie operuje stylistyką thrillera psychologicznego, skupiając naszą uwagę nie na tym, co już miało miejsce, lecz na przyszłych wydarzeniach, jednocześnie ukazując nam jedynie takie fakty, jakich świadoma jest już sama bohaterka. Fuga jest przy tym obrazem kompletnym, przykładem kina na światowym poziomie. Wśród ogromu otrzymanych pochwał i zdobytych nagród gubią się irracjonalne zarzuty dotyczące taniego szokowania i emanacji nagością. Bo czy Fuga ma być filmem prowokującym? Zdecydowanie. Prowokującym do myślenia.

skopiuj url: