Recenzje

Przepraszam, panie Rosales, jak brzmiał temat rozprawki?

Film: "Petra (2018)"

Autor: Marta Anna zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Omów archetypy obecne w dziele oraz przeanalizuj jego powiązanie z poznanymi tragediami antycznymi. W wypowiedzi zawrzyj własną opinię na temat filmu”. Bynajmniej nie byłabym zdziwiona, zobaczywszy takie polecenie zdobiące ulotkę reklamową „Petry”. Bardzo możliwe, że nie byłabym wtedy nawet tak skonfundowana. A jednak zapewnienia dystrybutora o rzekomym katharsis, mającym zawładnąć mną po seansie, sprawiły, że złudnie oczekiwałam czegoś więcej niż chleba i igrzysk. Niestety, powinnam się była zadowolić czerstwym pieczywem oraz średniej jakości rozrywką, bo po wyjściu z sali kinowej oczyszczenia nie doczekałam się. A jako że konstrukcja tak ciekawie zapowiadającego się filmu jest ściśle związana z Formą (przed którą, jak konkluduje Gombrowicz, nie ma ucieczki), to nie wyobrażam sobie traktować o nim inaczej niż zahaczając o formę jednej z najbardziej odrażających Form – naiwnej szkolnej wypowiedzi pisemnej, o którą wszetecznie i bezceremonialnie ubiega się nowy obraz Jaimego Rosalesa.

Prawdopodobnie każdy widz mający za sobą niechlubne lata edukacji podstawowej jest w stanie wyłapać gros dumnie realizowanych postulatów dramatu antycznego. Tymczasem, o ile skreślanie na liście kolejnych zasad tragedii może być z pewnością satysfakcjonujące (czekałam na moment, kiedy po sali kinowej przebiegnie echo triumfalnego bingo!), to zauważyłam, że był to, niestety, główny rodzaj satysfakcji płynący z oglądanego filmu.

Imię głównego bohatera w tytule? Check.

Szanowani bohaterowie z wysokiego rodu? Check.

Brak scen fantastycznych? Check.

Zasada trzech jedności? Brak.

Tym, co oddziela film grubą kreską od antycznych wzorców, jest złamanie dwóch zasad jedności i jego pozornie kazuistyczna budowa; nić odwijająca się i skrupulatnie zwijana z powrotem w splątany kłębek. Założenie wydaje się być jak najbardziej uczciwym fortelem – prowadzenie po omacku widza ciemnymi, ciasnymi korytarzami, by finalnie zakpić z jego nieuwagi i małości względem opowiadanej historii – esencja kina. Ale czy naprawdę kiedykolwiek zakryto mi oczy i kazano błądzić? Od pierwszej przedstawionej sekwencji filmu będącej, bagatela, rozdziałem drugim, podejrzenie widza pada na właśnie ten aspekt. Pomieszanie rozdziałów (chwyt szeroko znany m.in. dzięki „Pulp Fiction”) oprócz wniesienia na siebie podejrzeń, w których upewniamy się przez cały film, nie wnosi do dzieła za wiele. Zakłócenie chronologii zmienia tor opowieści, momentami niepotrzebnie powodując złudne wrażenie wielowątkowości i podejmując pokraczny dialog z Melpomeną. Czemu więc służył deformujący czas zabieg? Vivat ars pro arte!

Fatum kłębiące się nad protagonistką eksklamuje: Petra m u s i być samotna. Ale w żadnym razie nie burzy fasady, a nawet pozwala hybris trwać. Oślizgłe przeniknięcie do rodziny Navarro jest aktem obrażającym bóstwa. Wyrok podpisany, egzekucja wykonana. W końcu sparzona kobieta znajduje się w punkcie wyjścia, ukarana za znieważenie woli Losu, i z wręcz niemitologiczną pokorą godzi się na maskowanie samotności.

Jednym z ciekawszych zabiegów zastosowanych w filmie jest symbioza z teatralną Formą. Komicznym wydaje się pomysł biegania aktorów w wykrzywionych maskach czy śledzącego akcję chóru piętnastu Sofoklesowych śpiewaków. Jednakże ten drugi zabieg, ku mojemu zdziwieniu, wpasował się idealnie w całą kompozycję. Delikatne muśnięcia muzyki (Kristian Eidnes Andersen) współgrają z emocjonalnymi wiązkami głosów. Chór nie tylko nakierowuje nas na oczekiwane uczucia, jest także mostem łączącym kolejne akty tragedii. Pochłaniające widza krótkie parodos a także exodos o ufnie idyllicznym charakterze spinają film klamrą kompozycyjną, co przemycono zgrabnie, lecz z pewną rachitycznością.

Chór najczęściej zyskuje głos podczas zdjęć plenerowych, szerokich planów głównie statycznego obrazu. I tutaj odkrywamy kolejną udaną część transkrypcji dziedziny sztuki – didaskaliową pracę kamery, która poza rejestrowaniem historii stanowi główny element przedstawiania proscenium. Wolne ujęcia, explicite nasiąknięte slow cinema, pozwalanie lokacjom na wybrzmienie, śledzenie aktora, by w końcu porzucić go na rzecz otoczenia – lub przeciwnie, docieranie do niego po skończonym opisie pomieszczenia i rozstawienia rekwizytów. Tak, jakby obraz wręcz domagał się od widza głębszego zbadania i porównania z tekstem pobocznym. Tekstem pobocznym, który autor każe nam czytać pietystycznie, sy-la-bi-zu-jąc, wers po wersie – świadczy o tym kamera zahaczająca co chwila o doświadczone mury posiadłości; sunąca klaustrofobicznym korytarzem, narzucając widzowi flegmatyczny rytm. Ale to na pewno nie priorytet w kwestii opowiedzenia zdarzeń, praca kamery bowiem silnie kontrastuje z zapisywanym przez nią dramatem. Przypomina to pomieszanie kategorii (czyżby złamana zasada decorum?), w znaczeniu jak najbardziej okrutnym dla widza, wymuszającym na nim poczucie niesprawiedliwości, która aż sączy się z kreowanego świata. Sielskie barwy i ciepłe tonacje jedynie potęgują efekt rozdarcia.

Pasjonujące jest też rozłożenie aktorów w kolejnych scenach: zazwyczaj nie przekraczają oni trójki Sofoklesa, a nawet sceny zbiorowe au fond nimi nie są. Wystarczy spojrzeć na rolę aktorów w poszczególnych ujęciach angażujących więcej niż trzech bohaterów – nigdy dialog nie toczy się pomiędzy obszerniejszą grupą. Czy to w scenie pogrzebu, gdzie żałobnicy są po prostu dopełniającą tło dekoracją, czy innych scenach pozornie zbiorowych, w których oprócz budowania nastroju czy funkcji didaskaliów postaci nie mają kluczowej roli.

Przejdę teraz do ostatniego argumentu potwierdzającego moją tezę, iż „Petra” Jaimego Rosalesa zawiera w sobie cechy tragedii antycznej…, czyli o zasadzie mimesis wciąż żywej i en gros wykorzystywanej w (współczesnych) utworach. Tutaj kryje się największa wina tragiczna dzieła, którą po części już poruszyłam - przewidywalność. Niepodobna podważyć relewantność antycznego piedestału prezentującego film, jednak związany z nim zarzut wypływa z samego konceptu (a jego usprawiedliwienie w pełni akceptuję!). Przekleństwo tkwi chyba w… naszym świecie – nie jako sadystycznej kreacji bóstw czy samej niekoherentnej Gai, tylko świecie nas otaczającym: wraz ze sztuką, popkulturą, językiem, techniką i wszelkimi imperfekcjami. Bo jak w codzienności paradokumentów, tworu co najmniej pokracznego, pełnego zawiłych intryg rodem z ciągnących się pasożytniczych telenowel, nie być już przeczulonym na takowe zabiegi? Ot, film niechcący ujawnia prawdę o naszej cywilizacji i potwierdza słowa Stanleya Kubricka, że „wszystko już zrobiono. Każda historia została opowiedziana. Każde ujęcie zostało nakręcone”. Jungowskie pojęcie archetypu aż prosi się o wyjaśnienie na marginesie scenariusza, a w przypadku odbiorcy – zeszytu szkolnego otworzonego na temacie teatr antyczny, bo właśnie tak mogłabym podsumować tę produkcję. Świetny materiał nadający się do pokazania jeszcze nieoświeconym uczniom, by choć o cali centymetrów przybliżyć ich do pierwszej omawianej epoki literackiej.

Petry” zabawę w ciuciubabkę polegającą na porywczym gonieniu zasad dramatu klasycznego, po kolei eliminującą z gry kolejnych uczestników i szukającą następnych reguł do ustawienia w szeregu zrealizowanych, uważam jednak za ciekawy eksperyment, mimo że jego eureka nie zapowiada się znaleźć szerokiego zastosowania. A może właśnie to było prawdziwym celem filmu – uświadomienie widza o odtwórczości otaczającej nas rzeczywistości? W każdym razie, jeszcze raz odwołując się do słów Kubricka, pomimo ciągłego opowiadania tych samych historii, kręcenia tych samych ujęć, odgrzewaniu tego samego dania, zadaniem filmowca jest „robienie tego lepiej". A jednak odgrzana w hiszpańskim kamiennym piecu „Petra” smakowała tylko przyzwoicie.

 

skopiuj url: