Recenzje

Pocztówka morelą i pożądaniem pachnąca

Film: "Tamte dni, tamte noce"

Autor: Julia zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Napisy początkowe „Tamtych dni, tamtych nocy”, które pojawiają się na tle fotografii antycznych rzeźb i innych intelektualnie wysublimowanych dzieł, zwiastują, z jakim filmem będziemy mieli do czynienia – z takim celebrującym ludzkie ciało i jego domniemaną boską proweniencję. Na tle arkadyjskich północnych Włoch historia o odkrywaniu swojej seksualności i przeżywania przez młodego chłopca o artystycznym usposobieniu pierwszego pożądania wypada niemal jak postmitologiczna opowieść, w której Guadagnino wykorzystując wszelkie walory przyrodnicze oraz społeczne Italii późnych lat osiemdziesiątych, eksponuje to, co esecjonalne dla miłosnej ekstazy. Z ekranu wylewa się młodzieńczy erotyzm, ludzkie płyny ustrojowe tworzą synkretyczną mieszaninę z sokiem ze świeżych moreli, a dźwięk pękającej skorupki jajka wypełnia na ścieżce dźwiękowej przestrzeń pomiędzy wyciągniętymi z lamusa przebojami disco a nowoklasycznymi motywami fortepianowymi. W takim kształcie „Tamte dni, tamte noce” jawią się niczym współczesny „Maurycy”, z którym dzieli je zresztą osoba James Ivory'ego. W scenariuszach do obu filmów wykazał się on zresztą swoim niezwykłym talentem do pisania zarówno bohaterów o młodzieńczej naiwności, jak i tych o rodzicielskiej przenikliwości, a później wkładania ich w bezpruderyjną baśń, gdzie wszyscy mają zająć swoje miejsce w galerii czynników kształtujących psychofizyczną dojrzałość nieco egzaltowanych młodzieńców.

W „Tamtych dni, tamtych nocach” poznajemy nastoletniego Elio (brawurowo zagranego bez cienia fałszywej nuty przez Timothée Chalamet), chłopaka o garrelowskiej urodzie, żydowskim pochodzeniu i ekstremalnie artystycznym usposobieniu, który spędza razem z rodzicami wakacje w ich domu we Włoszech. Spędza on ten czas głównie na transkrypcji muzyki, czytaniu książek i zabawie ze znajomymi. Rodzice dalej kształtują w nim też kolejnego w rodzinie inteligenta poprzez głoszone mimochodem przez ojca lekcje o sztuce antycznej i tłumaczonej przez matkę literaturze niemieckiej. Wspomniane przeze mnie wcześniej napisy początkowe stanowią zatem nie tylko idealne podsumowanie tego, czym w gruncie rzeczy jest film Guadagnino, ale także expressis vebris wskazują na to, z jak bardzo uwikłanymi w artystyczną małostkowość i podniosłość bohaterami będziemy mieli do czynienia. Rodzina Perlmanów ma w zwyczaju spędzać lato w towarzystwie ucznia głowy rodziny. Tym razem podopiecznym zostaje Oliver, dwudziestoparoletni żydowski Amerykanin o wyglądzie greckiego boga. Z początku Elio pała do niego niechęcią, jednak z każdym kolejnym spojrzeniem i rozmową mężczyzna coraz bardziej go fascynuje. Między Elio a Oliverem rodzi się romans, który staje się dla nich obu synonimem zakazanego owocu. Oboje uwikłani są już bowiem w relacje z kobietami i nie do końca potrafią określić, czym właściwie jest ta pełna niedopowiedzeń więź, jaka ich łączy.

Guadagnino fetyszyzuje w „Tamtych dniach, tamtych nocach” każdą najmniejszą i najbardziej codzienną czynność wykonywaną przez bohaterów. Zabieg ten jest o tyle ważny, że dodaje filmowi namacalności i poszerza interpretacyjne horyzonty, robiąc z monotonii codzienności dzieło sztuki. Reżyser korzysta również z tego, co daje mu śródziemnomorski klimat Włoch i umieszcza swoje postacie w najbardziej rajskich sceneriach, jakie można sobie tylko wyobrazić. Rosnące wokół Perlmanów sady morelowe są ukazywane niczym Ogrody Edenu, w których rośnie zakazany owoc, przedmiot poznania dobra i zła – przyjemności i rozczarowań płynących z przeżywania z pozoru jedynie ekstatycznych miłosnych uniesień. Dla Elia momentem zerwania plonu jest scena ukazująca jego autoerotyczne ożywienie. Słodki morelowy sok spływa po rozgrzanym ciele bohatera, kiedy z jego ciała wydobywają się płyny świadczące o rozkoszy doznawanej przez ludzki organizm, a w tle rozbrzmiewa włoskie disco, do którego słuchania mało kto by się już dziś przyznał. Sayombhu Mukdeeprom, odpowiadający za zdjęcia do „Tamtych dni, tamtych nocy”, nie sili się w tej scenie też na wyszukane kadrowanie, tak samo nie robi tego w innych scenach cielesnego rozjuszenia. W takich momentach dominują postacie ukazane w planie amerykańskim, który podkreśla ukryty pod płaszczykiem artystowskich zabiegów banał przedstawionych sytuacji. Twórcy z niezwykłą pieczołowitością zadbali, aby uniesiona do rangi nadzwyczajnej została nie tylko sama czynność, jakiej oddają się bohaterowie, ale także jej audiowizualna oprawa – w większości przypadków nadzwyczajnie prosta. Przez to Elio i Oliver nie stają się wyrwanymi z zatęchłych schematów homoseksualnymi odpowiednikami Romea i Julii, ale po prostu przypadkowymi ludźmi, którymi przydarzyła się letnia miłosna przygoda – taka, jaka może się przydarzyć każdemu widzowi. Guadagnino wysyła nam więc bilet do naszych północnych Włoch lat osiemdziesiątych, abyśmy zajrzeli do najgłębiej ukrytych juwenilnych eksploracji i spazmatycznych doznań.

„Tamte dni, tamte noce” to kino wielozmysłowe, uwypuklające barwy, zapach i smak tego, co aktualnie pokazane jest na ekranie. Poprzez wysoką saturację i ziarnistość obrazu staje się ono również kinem wspomnienia. Brak tu w kadrach wyrazistych kompozycji, które mogłyby zmienić percepcję i oddalić widza od bohaterów. Każda z klatek ma warunki, aby znaleźć się w rodzinnym albumie, jaki po otwarciu przywróciłby w oglądającym nie tylko wspomnienia gorących uczuć, ale także ciepłego lata, słodkich moreli i głośno rozbijanej skorupki jajka. Zresztą filmy Guadagnino nie od dziś zmysłami stoją. „Call Me By Your Name” zdecydowanie najbliżej jest tu do „Nienasyconych”, z którymi łaczy go letnia liryczność i niezobowiązująca namiętność, ale można się w nim także upatrywać podobieństw do „Jestem miłością”, gdzie reżyser również skupił się na pożądaniu jako bodźcu do rewolucji w ludzkiej psychice. Żaden z jego wcześniejszych filmów nie miał jednak lekkości i beztroski adaptacji prozy Acimana.

Kino poruszające tematykę LGBT+ od zawsze łączone jest z ważnymi komentarzami społecznymi pełnymi wzniosłych haseł o dyskryminacji, potrzebie zrozumienia i tolerancji, aż wreszcie samoakceptacji. Na próżno tego szukać w filmie Guadagnino. Każdą najmniejszą szansę na powiedzenie czegoś o miejscu homoseksualistów we Włoszech lat osiemdziesiątych twórcy pozostawiają niewykorzystaną i wychodzą z tego obronną ręką. „Tamte dni, tamte noce”, podobnie jak ich literacki pierwowzór o tym samym tytule, nigdy nie miał być niczym innym niż połechtaniem odbiorców wspomnieniami ich lata miłości. Zamiast lekcji akceptacji siebie i innych dostajemy lekcję akceptacji status quo w postaci końcowej rozmowy Elia z ojcem. To, co najbardziej wymowne w słowach wypowiadanych tu przez Michaela Stuhlbarga, to emfaza letniej miłości. Pojawia się tu ona poprzez przenikliwą do bólu analizę wcześniej beztroskiego, a dziś udręczonego niechcianym pożegnaniem życia uczuciowego chłopca. Guadagnino decyduje się na plan pełny i bliski, a w tle rozbrzmiewa symfonia ciszy i powolnych oddechów bohaterów. Michael Stuhlbarg wypuszcza z siebie powoli dym nikotynowy, a siedzący obok niego Timothée Chalamet jest już przygotowany na inercję, w której zanurzy się za chwilę, aby dostatecznie opłakać swoją wakacyjną miłość.

Nic nie dodaje „Tamtym dniom, tamtym nocom” tyle okołofilmowego sensu, co scena końcowa przedstawiająca Elia siedzącego niemalże w bezruchu przed płonącym kominkiem. Namacalność łez spływających po jego policzkach i blask ognia przypominają o każdej emocji, którą główny bohater przeżywał wraz z Oliverem. Z tego ujęcia możemy wysnuć, że to już nigdy nie będzie ten sam egzaltowany, ale jednak hurraoptymistycznie nastawiony do życia nastolatek. Na te kilka minut da się odczuć, że właściwie nie tylko romans Elia i Olivera dotarł na metę, nie tylko miesiące beztroski dobiegły końca. Sam czas również znika tu jak kamfora, która do końca ulotni się dopiero wtedy, gdy w naszych głowach po raz ostatni wybrzmi tytułowe „Call Me By Your Name”, wypowiedziane do Elia przez jego wakacyjnego kochanka.

skopiuj url: