Recenzje

O pięknie miłości zamkniętej w czterech ścianach

Film: ""Kilka rozmów o bardzo wysokiej dziewczynie" (2018) "

Autor: Maciej zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Każda relacja potrzebuje impulsu by się rozpocząć. Dla niektórych będzie to wspólnie spędzona upojna impreza, pod koniec której, na skutek buzującej we krwi mieszance alkoholu i nikotyny, lądują razem w łóżku, na następny dzień nie pamiętając swoich imion. Kolejni wejdą w związek przez wspólną grupę znajomych, która ich ze sobą zapoznaje, licząc że coś z tego wyjdzie. Jeszcze inni decydują się spotkać po przegadaniu ze sobą dziesiątek godzin w sieci, licząc że wirtualna kreacja stworzona przez drugą osobę znajdzie swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Czasem jednak zdarzy się, że tym bodźcem pchającym nas w stronę nieznajomego/nieznajomej będzie wspólne cierpienie, bo – cytując stare jak świat powiedzenie – “wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem”.

Z takiego założenia wychodzą dwie główne bohaterki Kilku rozmów o bardzo wysokiej dziewczynie. Obydwie na swojej drodze spotkały tytułową, rumuńską femme fatale, uwodzicielkę i zawodową łamaczkę serc lesbijskiej społeczności. Obydwie spędziły z nią niejedną noc, często przeżywając inicjację seksualną, a także odkrywając swoje ukryte dotąd żądze i pragnienia. Obydwie zostały przez nią porzucone, gdy pewnego dnia zdecydowała się zniknąć z ich życia, prawdopodobnie szukając kolejnej ofiary miłosnego afektu. Obydwie nie mając pomysłu co dalej, decydują rozpocząć ze sobą rozmowę. Jak ma się okazać, jedną z kilku.

Na początku próbują odpowiedzieć sobie na pytania – co ma ta druga czego ja nie mam? Co spowodowało, że wysoka dziewczyna obrała ją jako punkt swoich seksualnych fascynacji? A także – czemu od niej uciekła? Z czasem uświadamiają sobie jednak, że zazdrość z jaką siadały do rozmowy przeradza się w wzajemną fascynację, a Skype co wieczór wydaje radosny sygnał przychodzącego połączenia. Potem Skype przeradza się w wino, mus winogron w pocałunek, a on w uniesienie seksualne i rozpalające wyobraźnię uczucie.

Bogdan Theodor Oltenau w swoim debiutanckim filmie opowiada o narodzinach zakochania i fascynacji. Próbuje ustalić, w którym momencie rodzi się uczucie, kiedy wewnątrz czujemy, że wreszcie znaleźliśmy tego kogoś, kto jest nam najbliższy. Kiedy wreszcie, po latach szukania, mamy u swego boku kogoś, komu chcemy oddawać każdą chwilę, razem się kąpać, oglądać filmy, wzruszać się i kochać do białego rana. Zamykając bohaterki początkowo w oknach wirtualnej rzeczywistości, a potem w bardzo ciasnym studenckim mieszkanku, zmusza je do konfrontacji – ze świadomością jak szybko to wszystko może się skończyć, czy to przez wciśnięcie przycisku “zakończ rozmowę” (operując tą groźbą równie dobrze jak w znakomitym Users), czy wyjście przez drzwi.

Klaustrofobia jaką wywołuje mieszkanie symbolizuje tutaj typową dla środowiska LGBT “szafę”, bezpieczne miejsce, w którym siedzimy w ukryciu bojąc się ogłosić kim jesteśmy. Z czasem jednak, mimo że z początku ta oaza nam nie przeszkadza, zaczniemy odczuwać duszności, a brak miejsca na pokazanie swojego “ja” będzie nam stopniowo coraz bardziej doskwierał. Problem w tym, że nie każdy jest gotowy na wyjście ze strefy komfortu i skonfrontowanie się z tym kim jest naprawdę (a także z otaczającym go światem), a by zachować swoją tożsamość, jest w stanie poświęcić nawet esencję życia, czyli miłość.

Utrzymanie filmu w duchu mumblecore’u umożliwiło Oltenau na powolne, fragmentaryczne, opowiadanie historii. Narracja zamyka się tutaj w tytułowych kilku rozmowach, z których każda będzie wprowadzała nas w kolejny etap relacji. I tak jak zawsze bywa w życiu – czasem to przejście na “następny poziom” będzie płynne i akceptowane przez obie strony, czasem się nie wydarzy bo druga osoba nie jest jeszcze na to gotowa. Tu też dochodzimy do esencji i geniuszu debiutu reżysera – zakochanie i uczucie jest fajne, gdy wychodzi z obu stron, ale staje się koszmarem gdy doprowadza do konfliktu interesów, szczególnie wynikającego nie z nieodwzajemnionej miłości, a strachu przed kolejnym krokiem i obawy przed zobowiązaniami.

Oltaneu postanowił pójść w ślady Richarda Linklatera oraz jego trylogii “Before” i zaprosił do współtworzenia scenariusza jedną z aktorek – Anę Ivan – która dodała do historii sporo wątków autobiograficznych. Ten realizm, połączony z subtelnością jest niesamowicie urzekający, a co ważniejsze w odbiorze całej opowieści, bardzo wiarygodny. Wynika on również z bardzo niewielkiego doświadczenia obsady – Ivan grała jedynie w dyplomowym krótkim metrażu reżysera, a znakomita Silvana Mihai, której rola idealnie oddaje efemeryczność uczuć, poza dyplomem, występowała jedynie w średnio udanym “W cieniu” od HBO. Tak więc po raz wtóry okazuje się, że postawienie na naturszczyków i quasinaturszyczyków i umożliwienie im opowiedzenia własnej historii (a w tym przypadku nawet herstory) to klucz do sukcesu produkcji ograniczonej budżetem i możliwościami. Bo kino to miejsce szczerości, twórczy konfesjonał, a gdy w oczach Any Ivan widzimy całkowite załamanie i niemy krzyk – “tak wygląda moje życie” – nagle znajdujemy się w dusznym pokoju wraz z nią błagając, by nie był to koniec ich związku.

Oczywiście należy tutaj zaakceptować trudną formę, jaką operuje reżyser. Kilka rozmów o bardzo wysokiej dziewczynie to wręcz podręcznikowy przykład minimalistycznego kina dialogowego, które nacisk kładzie jedynie na opowiadaną historię. I o ile ubóstwiam ten typ narracji, znajdując tutaj subtelne nawiązania do produkcji Leny Dunham i mocną, iście psychologiczną analizę problemów współczesnych relacji, jestem świadomy, że dla wielu będzie to nużące i wtórne. Choć – co podkreślają nawet najwięksi przeciwnicy nurtu – rzadko kiedy spotyka się równie dobrze napisany scenariusz.

Jedyne co pozostało mi po napisach końcowych, gdy z studenckiego apartamentu wróciłem duchem na fotel, to wyparcie depresyjnego morału opowieści Oltaneu. Bo jestem wciąż za młody by zaakceptować, że tak szczere uczucie, oparte nie tylko na pożądaniu, ale również na zrozumieniu, może z dnia na dzień się skończyć. Ale chyba żaden z nas nie jest w stanie się z tym pogodzić. Niezależnie od wieku, płci, orientacji i statusu majątkowego. Bo czasem lepiej by serce złamała nam mityczna “wysoka dziewczyna” niż faktyczna miłość naszego życia.

skopiuj url: