Recenzje

Horror społeczny, czyli co Jordan Peele zobaczył po drugiej stronie lustra

Film: "To my"

Autor: Filip zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

     Reżyserzy horrorów nieczęsto mają ambicje, by pokazać w swoich filmach trudne tematy, a od horroru oczekuje się przede wszystkim umiejętnego budowania napięcia i wystraszenia widza. Sama fabuła nie stoi na pierwszym miejscu, nie wymaga się od twórcy, by swoim dziełem prowokował oglądających do przemyśleń o problemach i wyzwaniach, przed którymi stoi świat. W 2017 pojawiła się jednak nadzieja, że można to wszystko: suspens, strach, podwyższone tętno, połączyć z tematami polaryzującymi współczesne społeczeństwo i osiągnąć sukces zarówno artystyczny, jak i komercjalny. To wszystko za sprawą „Uciekaj”, debiutu reżyserskiego Jordana Peela, który wśród licznych nagród zebrał Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany, autorstwa samego reżysera. Nic więc dziwnego, że po jego najnowszym filmie, „To my” (w oryginale „Us”), zarówno krytycy, jak i zwykli widzowie obiecywali sobie bardzo wiele. Zarówno średnia 95% na Rotten Tomatoes, jak i fakt, że „Us” zanotowało trzeci wynik otwarcia wśród horrorów świadczy o tym, że nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. W tym konkretnym przypadku dołączam się do zadowolenia ogółu, chociaż nie obyło się niestety bez zgrzytów.

      Horrory nie są, delikatnie mówiąc, moim ulubionym gatunkiem, gdyż jestem wyjątkowo mało odporny na różnorakie straszaki w filmach. Jeśli już jakiś obejrzę, często zasłaniam oczy rękami, jednak w przypadku „To my” nie mogłem sobie pozwolić na to, by nic nie uronić z dzieła Peele’a, gdyż film nie jest straszny w tym znaczeniu, którego oczekuje się po zwykłych horrorach. Już pierwsza scena daje nam zapowiedź, co nas czeka, jednak w tamtym momencie mamy jeszcze za mało kropek, by w ogóle myśleć o łączeniu ich. Mamy rok 1986, w poprzek Ameryki formuje się żywy łańcuch Hands Across America, który ma zmotywować ludzi do walki z ubóstwem, a w telewizji widać to, co w latach 80. najlepsze. W czasie wycieczki do lunaparku w Santa Cruz kilkuletnia dziewczynka oddala się od rodziców i chowa przed burzą w gabinecie luster. To, kogo (lub co) tam spotka i co wydarzyło się w czasie 15 minut jej nieobecności (tyle samo trwała wspomniana wcześniej akcja), będzie zagadką i zarazem wyjaśnieniem wszystkich pozornie nadprzyrodzonych zdarzeń, które czekają na nas przez prawie dwie godziny. Napisy początkowe widzimy w akompaniamencie niepokojącej, ale świetnej muzyki Michaela Abelsa i długiego ujęcia, pokazującego klatki z królikami. Dostajemy teraz moment wytchnienia: oto czteroosobowa rodzina rusza na wakacje, z których najbardziej zadowolony jest Gabriel, mąż głównej bohaterki, typowe „wieczne dziecko”. Nic nie zapowiada, że ta idylla zostanie czymkolwiek zmącona. Stopniowo jednak zaczyna rosnąć niepokój, w miarę jak mają miejsce coraz liczniejsze przypadki, które sprawiają, że Adelaide (w tej roli świetna Lupita Nyong'o) wręcz błaga męża, by wyjechali. Niestety jest już za późno. W nocy familia spostrzega na podjeździe czwórkę postaci, które wdzierają się do ich domu. Jak zauważa syn Adelaide, Jason, tajemnicze postaci to oni sami, dając widzom pierwszy klucz do interpretacji następnych wydarzeń. W istocie, intruzi przypominają swoich odpowiedników, jednak każde z nich ma w sobie coś przerażającego. Jako pierwsza odzywa się Red, jedyna z obcych, która potrafi mówić. Przedstawia historię dziewczynki, będącej odbiciem swojej siostry z „powierzchni”. Przeżywały one to same życie, jednak egzystencja Red była związana z ciągłym cierpieniem: jej zabawkami były nożyczki, jej pożywieniem – surowe mięso królika. Moment opowieści jest najbardziej intrygującym fragmentem, jednak potem poczucie grozy spada.

       Niestety „Us” przestaje straszyć przed połową filmu, a dalszą część wypełnią próby ucieczki lub konfrontacji z upiornymi sobowtórami, wymieszane z całkowicie rozładowującymi napięcie gagami, chociaż trzeba przyznać, że, jak na komika przystało, są one bardzo zabawne, co jest miłą odmianą po robionych na siłę żartów w Zakonnicy Corina Hardy’ego. Zawiodą się więc miłośnicy dreszczy na plecach wywołanych atawistycznym lękiem, a na scenę wchodzi lęk przed tym, co Peele chce nam przekazać niedosłownie. Jedną z wad filmu, poza małą „strasznością”, jest właśnie to, że rozwiązanie zagadki jest wprost rzucone widzowi w twarz i wykrzyczane do ucha. Nie ma żadnych niedopowiedzeń, dających widzowi możliwość wysilenia się. Jednak mimo tego pozostawione jest duże pole do interpretacji wydarzeń na ekranie, jeśli chodzi o przeniesienie ich na nasz świat. Najprostsza, wręcz zasugerowana, jest analogia do postępującego rozwarstwienia majątkowego społeczeństwa, które zwłaszcza w Ameryce jest ważnym tematem w dyskursie społecznym. Świadczy o tym już sam angielski tytuł, wszak US to skrót od nazwy Stanów Zjednoczonych, co wskazuje, że w istocie uciskana grupa, to My, ponieważ wszyscy jesteśmy ludźmi, ale też współobywatelami, którzy w filmie żyją w podziemiach, czyli poza zasięgiem naszego wzroku, jednak niekoniecznie znaleźli się tam z własnej woli. Ostatecznie okazuje się, że bunt „złych bliźniaków” jest powszechnym zjawiskiem, a głównym celem – utworzenie żywego łańcucha na kształt Hands Across America.

        Z seansu wyszedłem bardzo zadowolony, po części dlatego, że nie był to typowo straszny horror. Ścieżka dźwiękowa jest rewelacyjna, a za sytuacyjne wykorzystanie hitu N.W.A. w kontekście humorystycznym należą się reżyserowi oklaski. Widać w „Us” ogromną pasję reżysera do kinematografii, poprzez liczne, niemal wszechobecne nawiązania do dzieł Kubricka lub Spielberga, jak i zapomnianych filmów klasy B z lat 80. Czerpie również z książek, zwłaszcza z „Alicji w Krainie Czarów”. Choć sceny bezpośrednio nie wywołują przerażenia, pozostawiają pewien niepokój, czy może nie lepiej już teraz zainteresować się losem naszych niewidocznych bliźniaków, zanim upomną się oni o prawo do życia w świetle Słońca.

skopiuj url: