Recenzje

Czy roboty potrafią płakać?

Film: "Bumblebee"

Autor: Anna zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Filmy z uniwersum „Transformers” przywodzą na myśl nieustraszone maszyny, które staną do walki nawet z najcięższym przeciwnikiem. Reżyser „Bumblebee” przełamuje schematy i serwuje widzom kino sci-fi w wersji light. Czy w starciu z tęsknotą za młodością nutka sentymentalizmu Travis Knight roztopi stalowe serca robotów stworzonych przez Micheala Baya?

Charlie jest zamkniętą w sobie nastolatką, która uwielbia majsterkować w zaciszu domowego garażu. Pomimo upływu czasu nie potrafi pogodzić się ze śmiercią ojca, co wpływa negatywnie na jej relacje z matką, bratem i ojczymem. Pewnego dnia znajduje stary, żółty samochód, kryjący w sobie nietypową tajemnicę…

„Bumblebee” przywodzi na myśl starcie dwóch całkowicie odmiennych galaktyk. Z jednej strony oglądamy „kanciastą”, sztuczną rzeczywistość wyciągniętą z Lego Bionicle, z drugiej zaś mamy do czynienia z nostalgicznym obrazem skąpanym w klimacie lat osiemdziesiątych. Jednak pomimo solidnego pomysłu pomiędzy oba światy nie współgrają ze sobą. Tworzy się pomiędzy nimi dysonans, którzy wprawia widza w dezorientację. Różnice w ich kolorystyce rażą w oczy, zaś maszyny, będące zbędnym elementem w kadrze, zakłócają harmonię obrazu. Ciężar „żelastwa” Bee i jego braci przytłacza, a wręcz przesłania zwiewność otoczenia, w którym żyje Charlie. Przez to publiczność nie potrafi wybrać pomiędzy podziwianiem kalifornijskich plaż a rozczarowaniem zbyt mocno nakreślonymi bohaterami rodem z sci-fi dla dzieci.

Właśnie, czy koncepcję Knighta polubi dziecięca widownia? Tak naprawdę nie wiadomo, kto jest targetem dzieła. Dorosły popatrzy z lekkim politowaniem na perypetie „młokosów” i po kilku minutach powróci do codzienności. Za to młody kinoman nie zrozumie aluzji płynących ze scenariusza, a przy okazji nabawi się koszmarów widząc grymasy na twarzach tych groźniejszych „Transformers”. Doświadczonych widzów nie przekonają naiwne żarty ani prostolinijny, dydaktyczny przekaz. Warstwa teoretycznie skierowana do dzieci jest jednak ukazana w dość dojrzały sposób, co sprawia, że może ona do nich nie dotrzeć. Reżyser „Bumblebee” nie wprowadza zatem zarówno konkretnego ograniczenia wiekowego jak i nie precyzuje czy na sali kinowej powinien zasiąść trzydziesto czy też dziesięciolatek. A może oboje naraz? W zależności od interpretacji powyższy zabieg może czynić dzieło ponadczasowym lub jedynie kiepskim, nieokreślonym miszmaszem.

„Bumblebee” serwuje jednak dość oryginalną odsłonę przygód „Transformers”, która nie ma zbyt wiele wspólnego z poprzednimi częściami serii. Urocze roboty przypominające nieokrzesane szczeniaczki w połączeniu z dziecięcą buzią Hailee Steinfeld wywołują co prawda pozytywne emocje, ale po jakimś czasie przyćmiewa je schematyczność scenariusza. Poza rewolucją w obrębie całej serii film nie wnosi do kinematografii niczego odkrywczego. Wtórny sentymentalizm rodzi wzruszenie i powoduje, że dzieło staje się słodkie jak świeża beza. Jedni skonsumują „Bumblebee” ze smakiem, inni zaś woleliby zjeść coś bardziej… „na ostro”.

skopiuj url: