Recenzje

Mężczyźni zaczynają od czterdziestu

Film: ""Nigdy cię tu nie było""

Autor: Przemysław zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Czołówka milknie. Mrukliwy głos rozpoczyna odliczanie. To głos Joaquina Phoenixa. Nie – dwa głosy. W szczelinach głębokiego basu wybrzmiewa dziecięcy szept. Starszy zaczyna od czterdziestki trójki, chłopak od piętnastki. Z początku w ogóle nie zwróciłem na ten zabieg uwagi; jego celowość poraziła mnie zupełnie znienacka i jednoznacznie dała do zrozumienia, że "Nigdy cię tu nie było" to film całkowicie inny od tego, którego się spodziewałem.

Bohaterowie Ramsay nie odliczają do czegoś, lecz po coś. Odliczanie jest tu środkiem autohipnozy pozwalającym wprowadzić im się w stan odrętwienia. Odcinają się w ten sposób od otaczającej ich patologii: związanych z nią traumatycznych przeżyć i zaśmieconego nią miasta. Pogłębienie wizerunków psychologicznych – to funkcja pierwsza. Funkcja druga – przez połowę filmu widz jest konsekwentnie wprowadzany w błąd, uznając odliczanie za indywidualny nawyk głównego bohatera. Tuż zanim na ekranie pojawia się twarz Niny Votto (Ekaterina Samsonov), w tle słychać kolejny odliczający głos, tym razem dziewczęcy. Odliczanie jest elementem wspólnym, tworzy więź między postaciami. Wreszcie, funkcja trzecia – gdy w fabule następuje punkt zwrotny, odliczająca Nina przypomina Phoenixowi, że czas ucieka, budując napięcie.

Lynne Ramsay na 70. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes pomachała przed nosem Złotą Palmą za najlepszy scenariusz twórcom takim jak Sofia Coppola czy Roman Polański. Recenzje spływające z Francji nie szczędziły jej czwartemu pełnemu metrażowi ciepłych słów, w tym superlatyw – były to jednak teksty skrojone na potrzeby komercyjne, nie powierzchowne, ale też zbyt oględne, by dać pełne wyobrażenie o szczegółowości autorskiej wizji.

Ramsay płaci widzowi w detalu. "Nigdy cię tu nie było" nie zrekompensuje pieniędzy wydanych na bilet do kina błahym zwrotem akcji czy spektakularnym zakończeniem; zamiast tego pozwala widzowi dozbierać swoją nagrodę grosz do grosza. "Dostaniesz tyle, ile wypracujesz", zdaje się mówić – i już wiadomo, dlaczego w dobie kina rozrywkowego przylgnęła do niej etykieta "trudnego współpracownika".

Ta pieczołowitość w racjonowaniu informacji ujawnia się już w pierwszej sekwencji. W buty Joe (Joaquin Phoenix) wchodzimy na ślepo. Nie wiemy, że Ramsay wrzuciła nas prosto na miejsce zbrodni. Tym bardziej nie mamy pojęcia o tym, że oddychająca głowa w reklamówce należy do byłego agenta do zadań specjalnych i że teraz ów agent jest zabójcą na zlecenie, który ratuje z rąk pedofilów nieletnie dziewczyny. Widzimy za to, jak Phoenix pali zdjęcie młodej Azjatki, dusi ogień Biblią, wyciera krew z głowni młotka, zgarnia z łóżka złoty naszyjnik z dziewczęcym imieniem oraz męskie kosmetyki – wystarczająco dużo jak na zbudowanie konstruktu.

Ramsay wymaga od widza przede wszystkim przytomności umysłu i umiejętności logicznego interpretowania zdarzeń. Nawiązań intertekstualnych, szczególnie melodycznych, jest w "Nigdy cię tu nie było" na pęczki; sam tytuł filmu zostaje bezgłośnie wyśpiewany przez czarnoskórego taksówkarza. Choć uzupełnianie nimi lakonicznego scenariusza przypomina czasami próby łatania sera szwajcarskiego, nie sposób odmówić im zasadności. Włamaniu do rezydencji, gdzie przetrzymywane są nieletnie dziewczyny, akompaniuje utwór "Angel Baby", którego perwersyjny wydźwięk potęguje błyskotliwy montaż polegający na ustawicznym cofaniu piosenki o kilka sekund do tyłu. Z kolei po "I've Never Been To Me" Charlene film zwalnia, dając Joemu moment na autorefleksję. Okoliczności tej sceny sprawiają, że widzimy tu Phoenixa od zupełnie innej strony – ubranego w garnitur, przesiewającego między palcami wiatr i promienie słońca.

Jak przyznaje Ramsay w wywiadzie dla The Independent, Phoenix posiada tych stron wiele – między innymi tę żeńską, którą postarała się odtworzyć w jego postaci. Jakiekolwiek sentymenty lub sympatie wydają się jednak opozycyjne w stosunku do wizerunku pokancerowanej męskości, jaki prezentuje sobą Joe, i związanego z nią brutalnego fachu. Mimo to, gdy Phoenix obnaża się przed widzem po raz pierwszy, jego blizny kontrapunktuje miękkie światło i melancholijna muzyka. "Nigdy cię tu nie było" cechuje niespotykana świadomość środków wyrazu i ich zastosowań; Ramsay korzysta ze wszystkich dostępnych narzędzi, budując postaci oraz świat przedstawiony w równej mierze ciałem, co dialogiem. Joe nie jest Schwarzeneggerem, pod którego skórą nieustannie prężą się muskuły. Jest krzepkim, nierównomiernie nalanym facetem po czterdziestce – Phoenix powraca po "Mistrzu" Andersona w kolejnej wymagającej fizycznie roli i znów zdaje egzamin celująco, uskrzydlony przez wyśmienitą oprawę audiowizualną. To na nim ogniskuje się praktycznie cała uwaga widza; monumentalna bryła Nowego Jorku zostaje odcieleśniona do esencjonalnego gwaru, każdemu makabrycznemu zabójstwu przygrywa panicznie szukająca rytmu muzyka, a sama kamera rzadko kiedy odstępuje aktora choćby na krok.

Co by nie mówić, młodziutka Ekaterina Samsonov wypada blado przy weteranie jego pokroju. Nie posiada niedźwiedziej fizjonomii, zwalistej postury ani wystarczającego warsztatu aktorskiego jak na potrzeby Ramsay, przez co mimowolnie ciągnie dzieło w dół. Nie pomaga też ograniczona do minimum ekspresyjność, szczególnie że rola Niny Votto została obarczona sporym ładunkiem emocjonalnym; trudno uwierzyć zatem nie tylko w portret apatycznej, acz czarującej córki senatora, ale także w łączącą ją z Joem relację – a jest to przecież clou całego filmu.

Wspomniałem na początku o tym, że celowość powtarzającego się odliczania poraziła mnie znienacka. Wbrew temu, co napisałem, nie była to wcale celowość związana z narracją, lecz zwykły detal, jeden z tych okruszków, które Ramsay rozrzuciła po dziewięćdziesięciu minutach projekcji i który utwierdził mnie w przekonaniu, że podjęła diablo dobrą decyzję, wybierając taką, a nie inną walutę. Joaquin Phoenix miał w chwili premiery filmu dokładnie czterdzieści trzy lata. Uświadomiło mi to, że pomimo swojej sensualności "Nigdy cię tu nie było" posiada jednak pewien uniwersalny przekaz. Im starszy człowiek się staje, tym więcej w jego życiu miejsca na odrętwienie, im więcej w nim bólu – tym większą przyjemność znajduje w igraniu ze śmiercią.

skopiuj url: