Recenzje

Dong

Film: "Dziura"

Autor: Kasia zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Tsai Ming-liang wziął na warsztat wyświechtany temat i zbudował go z właściwą sobie manierą, wystawiając cierpliwość widza na ciężką próbę. Dziura z pewnością należy do filmów dla wytrwałych, jednak im głębiej się w nią wpada, tym wyraźniej widzi się i czuje z jaką precyzją reżyser przedstawia kondycję współczesnego człowieka, zanurzonego w samotności i wciąż goniącego za tymi samymi marzeniami.

Tsaiowaska opowieść nadaje się lepiej na etiudę, niż film pełnometrażowy. Bohaterowie – mężczyzna i kobieta, mieszkają samotnie w opustoszałej kamienicy, w mieście opanowanym przez zarazę. Tajpej końca wieków maluje się wyjątkowo nieprzyjaźnie, tajemnicza epidemia powoduje, że ludzie żyją jak karaluchy – w odosobnieniu i ciemności. Tytułowa dziura powstaje w podłodze mieszkania mężczyzny i jest przyczyną splotu losów dwojga bohaterów, którzy stają się jej właścicielami. Przez większą część filmu, otwór będący połączeniem intymnych światów, jest powodem czegoś na kształt wojny, która rozgrywa się między mieszkańcami sąsiadujących kwater. Powoli jednak zaczynamy obserwować rodzące się między nimi fascynacje, on stopniowo powiększa dziurę w podłodze, by móc wkradać się do jej świata, ona zaś coraz odważniej marzy o bliskości.W finałowej scenie, w pojednawczym, a jednocześnie miłosnym geście, mężczyzna wciąga kobietę przez otwór w jej suficie, do swojego mieszkania.Gdy myśli się o Dziurze, jako o historii kobiety i mężczyzny, wydaje się ona przedziwna i niejasna. Jednak, gdy oglądamy film jako rozprawę o samotności, staje się nieco mniej mętny. Gównie z uwagi na szeroki horyzont interpretacji, stosowany przy próbie odczytu znaczenia tytułowej dziury, nie będącej jedynie otworem między mieszkaniami bohaterów. Dziury w Dziurze to w ogromnej mierze po prostu znaczące braki, których Tsai używa bardzo świadomie. Odnajdziemy je niemal w każdej warstwie filmu i, czasem może zbyt usilnie, będziemy starali się odnaleźć wypełniające je przeciwwagi. Wspomniana już wcześniej samotność bohaterów jest swego rodzaju dziurą w ich wnętrzach, pustką, zapełniającą się dopiero w finale filmu. Komunikacyjną dziurę, której nie sposób nie zauważyć, paradoksalnie odczuwa się gdy bohaterowie porozumiewają się ze sobą za pomocą werbalizacji myśli. Gdy zaś, w końcowej scenie nie mówią ani słowa, mamy wrażenie, że dopiero wówczas prawdziwie się rozumieją. Estetyczną pustkę kolorystyczną wypełniają kampowe, musicalowe sceny. Jedynie w nich możemy usłyszeć niediegetyczny dźwięk, którego ograniczenie do minimum jest dziurą charakterystyczną również dla innych filmów tego reżysera.Siły wszechobecnej samotności w Dziurze nadaje wszystko co poza fabularne. W długich, statycznych ujęciach widzimy bohaterów przy najbardziej prozaicznych czynnościach, takich jak załatwienie potrzeb fizjologicznych, czy obcinanie paznokci. Tsai przesyca film scenami, do których widz nie jest przyzwyczajony – scenami, których kino nauczyło się wystrzegać. Bez koloryzowania ukazuje gorzki świat rzeczywistości składającej się z nieinteresujących obrazów codzienności. Ważnym elementem tych scen jest nie ich treść, lecz aż nazbyt wyraźny, naturalistyczny dźwięk, stający się czymś więcej niż tylko tłem – stający się bohaterem drugiego planu. To właśnie diegetyczne odgłosy nie pozwalają widzowi zdystansować się do filmu wypełniając dziurę fabularną. Brzmienie nieustająco padającego deszczu sprawia, iż woda niemal przecieka z ekranu. Obraz staje się namięknięty nieznośną wilgocią. Brudzi. Męczy. Dołuje. Wytchnieniem, dla zmęczonego, wciągniętego w skażony zarazą szarości świat, widza, są musicalowe wstawki, będące odzwierciedleniem marzeń głównej bohaterki. Marzeń o radości i miłości, która nadałaby koloru i lekkości jej życiu. Wykorzystując utwory Grace Chang reżyser nie tylko ubarwia monotonny i ponury świat filmu, ale również daje upust swoim fascynacjom.

Tsai Ming linag powolnym gestem zaprasza do swojego świata jedynie delikatnie uchylając doń drzwi i specjalnie nie podając kapci. Zapowiada tym samym, że nie będzie wygodnego rozsiadania się i rozkoszowania. Nie będzie komfortowo i błogo. Ani na chwilę nie pozwala widzowi, by ten poczuł się jak u siebie. Świat, który pokazuje jest obcy i odległy, a jednocześnie diabelnie ludzki i współczesny. Bije z niego dziwna, niepokojąca gorycz, której nie łagodzi nawet pozytywne zakończenie filmu.Podczas półtoragodzinnej obserwacji bohaterów, reżyser ani na chwilę niczego widzowi nie ułatwia. Nie prowadzi go za rękę po polach interpretacyjnych. Niemal złośliwie rzuca metafory pod nogi, w najmniej spodziewanych momentach, żeby widz się na nich potknął. Ale w warstwie fabularnej nie dzieje się nic nieoczekiwanego. Nie ma intrygującej zagadki, nie ma wielkiego zaskoczenia. Niewiele wiemy- ani nie znamy przyczyny epidemii, ani powodu, dla którego bohaterowie filmu pozostają w skażonej kamienicy. Najgorszy jest jednak nie brak owej wiedzy, a moment, w którym uświadamiamy sobie, właściwie niewiele nas to obchodzi. Przyjmujemy tsaiowską rzeczywistość po prostu. Bez pytań dlaczego. Bez dociekań. Więcej czujemy niż rozumiemy. Jesteśmy otumanieni. Spokojem. Nudą. Monotonią. Szarzyzną. Nawet, gdy na chwilę budzimy się z tej bezbarwnej hipnozy, aby nacieszyć oczy i uszy roztańczoną i rozśpiewaną bohaterką, okazuje się, że wesołe ścieżki, po których przez chwilę pobłądziliśmy prowadzą donikąd. I znów ogarnia nas zblazowanie w strugach nieustająco padającego deszczu, w oczekiwaniu na coś, co się nie wydarza, albo wydarza się po prostu. Znów bez pytań dlaczego i bez dociekań.W toku tsaiwoskiej opowieści widz wpada w dziurę. Wpada w pułapkę. I choć samo spadanie wydaje się interesującym doświadczeniem, w rezultacie okazuje się, że owa pułapka niestety nie ma ani jednego dna. Żadnej wartości dodanej. Dziura jest znaczeniowo pusta, a zbyt długie spadanie w jej głąb odbija się emocjonalną czkawką, w której rozczarowanie jest wyczuwalne najsilniej. Pytanie tylko – cóż za głupiec od dziury oczekuje, że będzie miała przynajmniej jedno dno?

 

skopiuj url: