Recenzje

Szarość maja

Film: "Wieża. Jasny dzień"

Autor: Aleksandra zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Z dużym zaciekawieniem i swego rodzaju przyjemnością poczekam na kolejny film świeżo upieczonej absolwentki łódzkiej szkoły filmowej, Pani Jagody Szelc. Sądząc po jej debiucie fabularnym musi być to twórczyni o ogromnej wrażliwości, pełnej niestandardowych pomysłów i odwagi sięgania na przekór po trochę inne składniki narracji filmowej, trochę grozy i artystycznej niewygody. Poczekam, bo na razie chyba jeszcze nie do końca potrafi przekazać to widzom w pełnokrwistym daniu.

   Wieża. Jasny dzień, to opowieść o rodzinnym dramacie, złożoności relacji międzyludzkich, trudzie bliskości i braku zaufania. Na obchody przystąpienia do pierwszej Komunii Świętej, do sielskiej rodziny składającej się z mamy, taty i córki, przyjeżdża kolejna sielska rodzinka – brat mamy, ze kolejną mamą, czyli swoją żoną i dwójką małych dzieci. Do tego idyllicznego zestawu doklejona zostaje postać, która zaburzyć ma równowagę tego z pozoru zwyczajnego obrazka. Naturę tej sytuacji twórcy wyjaśniają nam już w pierwszych minutach filmu – spowita w tajemniczość kobieta okazuje się być nie tylko siostrą głównej bohaterki, ale i biologiczną matką jej przybranej córki.

   Nieustanne napięcie jakie towarzyszy wszystkim bohaterom daje się we znaki przy pomocy wielu chwytów. Tygiel emocji, niepokoju i strachu, obrazowany i potęgowany jest odpowiednią górską scenerią, nieustającym zrywającym jej elementy wiatrem, fantastyczną grą dźwiękiem i ciszą. Ten jest o dziwo, najmocniejszą stroną techniczną, a co za tym idzie i narracyjną, filmu – z pewnością warto jest zapoznać się z nim w odpowiednio przystosowanej sali kinowej, niż w warunkach domowych, gdzie brzdęki, piski i szmery własnego otoczenia mogą zmieszać się nieznośnie.

   W obrazie, prawdopodobnie celowo wyjałowionym paletą pasteli i szarości, obserwujemy bohaterów zagranych całe szczęście przez nieznane aktorskie twarze. Trudno dlatego stwierdzić, czy ukłony za zgrabne i bardzo naturalne dialogi należą się scenarzyście, samym aktorom, czy reżyserowi castingu – być może wszystkim po trochu.

   Co zatem z historią? Ta zdaje się długo nie rozkręcać, męczyć widza niedopowiedzeniem i pomimo braku jakichkolwiek rewelacji i fajerwerków, trzymać jego powieki cały czas uchylone, a oddech krótki. Zmielić, przerzuć i wkręcić. Niestety mnie wciągnął w marazm. Symbolika, której doszukać się można w każdej scenie, każdym geście nie zachęca do poszukiwań. Ta bardzo ludzka, chociaż trudna i sprzeczna z naturą, sytuacja i dramat stała się dodatkowo odczłowieczona, jakby odegrana i namalowana. Tylko po co? Multum zabiegów, paraboli i kwestii dialogowych finalnie po prostu rozmyło efekt.

   Koniec filmu, o którym nie sposób napisać w recenzji, jednak nie sposób go pominąć przy ostatecznej ocenie, może by i wyrwał z odrętwienia - swoją siłą i swoją nietypowością. Jednak jak się okazało, był on po prostu wisienką na torcie tego wysoce oryginalnego i autorskiego podejścia w opowiadaniu historii. TEJ wersji opowiadanej historii - licentia poetica, w najczystszej formie. Waham się by nie powiedzieć „sztuka dla sztuki”. Żeby efektowność, nie stała się efekciarstwem. Do mnie TA wersja nie trafiła, ale może to nie do mnie miała trafić? Poczekam, może innym razem.

skopiuj url: