2017

Miliony małych kresek

Film: ""Twój Vincent" "

Autor: Agata zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Nie bez przyczyny „Twój Vintent” - animowana polsko-brytyjska koprodukcja inspirowana twórczością Vincenta van Gogha figuruje w obiegu jako film, który został namalowany, nie zaś film, który opowiada o... . Niemożliwym jest bowiem umieszczenie go w kanonie w oderwaniu od warstwy wizualnej, gdyż jest to (nomen omen) obraz, o którym bez wyrzutów sumienia powiedzieć można, że czegoś takiego jeszcze nie było.

Dopełnijmy zatem formalności, choć w kontekście tej produkcji - kulisy jej powstania krzyczą chyba głośniej niż ona sama. Na sześćdziesiąt pięć tysięcy klatek filmu składa się tyleż namalowanych olejem na płótnie ujęć, przy których (w technice, której używał sam zainteresowany) pracowało stu dwudziestu pięciu malarzy, tworząc w efekcie ponad dwa tysiące obrazów. Przedstawiony w liczbach film imponuje już przed seansem, ale jak to przenosi się na efekt?

Trzeba oddać "...Vincentowi" co jego - film prezentuje się zjawiskowo i ogląda z ogromną przyjemnością. Choć wrażenia estetyczne niełatwo jest sugestywnie opisać, wśród relacji wrażeń widzów przewija się określenie intensywnego poczucia płynności obrazu, do którego oko musi się przyzwyczaić. W istocie XVIII-wieczna francuska prowincja (wzorowana notabene m.in. na Londynie i Wrocławiu) ożywa za sprawą poruszająch się w jej przestrzeni bohaterów, którzy bezustannie mącą porządek linii składających się na tło każdego kadru. Uniwersum filmu wykreowane za pomocą (liczonych zapewne w milionach) szybkich ruchów pędzla jest dalekie od mimetyzmu, głównie za sprawą typowo postimpresjonistycznej, odrealnionej kolorystyki (za sprawą której twarze bohaterów nierzadko przechodzą w zielenie), ale również wskutek specyfiki perspektywy, z której słynął van Gogh, a która nijak się miała zarówno do rzeczywistości, jak i zasad kompozycji w malarstwie. Obiekty w tym świecie nie posiadają swojego ciężaru, ani faktury, co zwykle ma miejsce w przypadku tradycyjnych technik animacji poklatkowej (chociażby zeszłorocznych kandydatów do Oscara za animację - "Kubo i dwie struny", czy "Nazywam się cukinia"), ale to nie owa "płaskość" rzeczywistości stanowi największą przeszkodę na drodze do uwierzenia w prezentowaną historię.

Co znamienne, produkcja w założeniu przybliżająca życie jednego z największych malarzy w historii, zaczyna swoją opowieść w momencie jego śmierci. Sam zainteresowany pojawia się więc jedynie we wspomnieniach. Tu warto zaznaczyć, że czarno-białe sekwencje retrospektywne wypadają niemniej atrakcyjnie od barwnych, choć tu technika była zupełnie inna – o wiele bardziej realistyczna (scena, w której van Gogh przegląda się w wiadrze z wodą!). Rola protagonisty, przypada za to autentycznej postaci Armanda Roulina, który w samobójczej śmierci van Gogha wietrzy intrygę. I tu zaczyna się największy problem filmu - struktura warstwy fabularnej. Towarzyszymy Rouinowi w jego drodze do prawdy znaczonej przez kolejne osoby z otoczenia Vincenta, a każda z nich natychmiast się przed nim otwiera i prezentuje swoją wersję wydarzeń i charakterystyki van Gogha. Bohaterom tym w zasadzie brak cech budujących osobowosć postaci; każdy spełnia jedynie swoje niezbędne fabule funkcje, tak, że cały proces śledztwa konstrukcją przypomina zaliczanie kolejnych poziomów gry o niezbyt skomplikowanym stopniu trudności, a klimatem - dobranockę (co, o dziwo, nie jest kwestią jakości polskiej wersji jezykowej, gdyż w "oryginale" wypada to równie infantylnie).

Nie udaje się również odczarować powszechnie spłycanego wizerunku van Gogha opartego na chorobie psychicznej. Choć raczej nie leżało to w intencji twórców, przez swoją koncepcję sam film nosi znamiona tabloidacyjne, gdzie anegdota o odciętym uchu musi się pojawić nawet jeżeli jest całkowicie zbędna. W efekcie słowa wypowiadane do naszego detektywa obecne już w zwiastunie (Jego śmierć tak bardzo Cię interesuje. A co wiesz o jego życiu?) które wybrzmiewają jak zarzut wobec węszącej sensacji w biografii van Gogha kultury popularnej, funkcjonuje równie dobrze jako zarzut wobec "Twojego Vincenta", który wokół jego śmierci i kontrowersji z nią związanych buduje oś fabularną.

Całe szczęście konspiracyjna narracja w pewnym momencie ustępuje miejsca, nowej, choć wcale nie mniej osobliwej. Wątpliwości moralne pozostawia bowiem nie tyle sugerowanie, że istnieją przesłanki świadczące o morderstwie van Gogha, ale gloryfikacja samobójstwa, gdy już "Twój Vincent" przekonuje że do niego doszło, a wraz z nim romantyzacja śmierci w ogóle. Odnieść można wrażenie, że twórcy, przez lata, które minęły od powstania pierwszego pomysłu na film, na tyle emocjonalnie zaangażowali się w produkcję (na premierze w Gdyni reżyser Andrew Welchman wyglądał nawet łudząco podobnie do tytułowego malarza), że finał opowieści zbiegł im się z upragnionym ukończeniem mozolnych prac nad realizacją, także klimatycznie. Niepokojąco wypada zatem pompatyczna, feel-goodowa końcówka, poprzedzona obrazowymi scenami przedśmiertnymi ukazanymi w dużej mierze z perspektywy van Gogha, które stanowią najmocniejsze momenty w filmie. Jakkolwiek nie chcielibyśmy bowiem uwierzyć w, cytowane tak chętnie przez twórców, słowa Vincenta wyrażające zachwyt śmiercią, nie sposób pozbyć się przekonania, że za autoagresją zawsze stoi cierpienie człowieka, nawet jeśli wcześniej, w swojej niepoczytalności, oświadcza on, że śmierć go nie przeraża, ani nie smuci.

Jakkolwiek mizernie jednak w zestawieniu ze spektakularnością animacji malarskiej (świeżo powstały, w związku z pojawieniem się tej produkcji, termin) pretentuje się zawartość "Twojego Vincenta", rewolucyjny potencjał formalny tej produkcji zapewni jej miejsce w historii kina. Posiadając możliwość, (w międzyczasie wyczekując tegorocznych nominacji do Oscarów w dziedzinie animacji) zostania naocznym świadkiem tego przełomu, grzechem byłoby odmówić sobie satysfakcji ze śledzenia tego, jak miliony małych kresek formują się w znajome kompozycje, które, jak twierdzi wielu, stanowią istotne źródło sztuki współczesnej.

skopiuj url: