2017

Wolniej

Film: "Brooklyn"

Autor: Aleksandra zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Próbowałam znaleźć porównanie. Niestety, biorąc za przykład choćby Marsa, czułam, że mieszkając teraz w Polsce, wiem o nim dużo więcej, niż w latach 50. ubiegłego wieku młoda Irlandka mogła wiedzieć o Brooklynie.

W połowie XIX wieku kraj św. Patryka mógł zaoferować Eilis Lacey (w tej roli niezwykle autentyczna Saoirse Ronan) jedynie pracę raz w tygodniu w sklepie spożywczym. Kiedy więc los zaoferował jej szansę, stanęła przed wyborem, pomiędzy tym co słuszne a… słuszne – tylko tak mogę określić dylemat, w obliczu którego nawet serce nie opowiada się po jednej ze stron, ale kapituluje. To nieznające litości pytania, które czekają każdego z nas, a miarą odpowiedzi na nie jest odwaga. Czy odważylibyśmy się zostawić rodzinę, przyjaciół i wyruszyć w podróż przez ocean do miejsca, o którym wiemy jedynie, że „lata są tam gorętsze, a zimy chłodniejsze”, mając w walizce kilka sztuk ubrań i cichą nadzieję na lepszą przyszłość? Eilis Lacey się zdecydowała.

Na statku płynącym do Nowego Świata poznaje kobietę, która – doświadczona o pobyt w Ameryce - udziela irlandzkiej emigrantce lekcji – pierwszej z wielu, jakie będzie musiała przejść, lekcji życia. Zapytana przez Eilis, jak długo idzie list z Irlandii, odpowiada: „Na początku bardzo długo. Potem już nie”, formułując tym samym – zamkniętą w kilku słowach (niskie ukłony przed scenarzystą Nickiem Hornbym, któremu udało się zawrzeć tak wiele w tak niewielu) – definicję tęsknoty – tej, która zadawszy największy ból, mija. Przerażona tymi słowami, Eilis Lacey nie wie jak bardzo okażą się one prorocze. Nie wie także, że za niespełna rok, ponownie stając na pokładzie statku zmierzającego do Ameryki, będzie wracać do domu. Te kluczowe, pozornie podobne do siebie sceny, umiejscowione na początku i końcu filmu, nie tylko spinają klamrą kompozycyjną fabułę, ale przede wszystkim symbolizują cykliczność w jakiej odwiecznie trwamy. Przygotowujemy się do ról, które po odegraniu odstępujemy kolejnym aktorom w niekończącym się spektaklu życia.

„Brooklyn” to film oparty na powieści Colma Toibiniego o tym samym tytule, jednak John Crowley w swojej reżyserii nie pozostał wierny oryginałowi. Odsuwając na dalszy plan wątek emigracji – wiodący w książce – pozwolił, by na pierwszy wypłynęła uniwersalna historia człowieka, którego drogę wytyczają wciąż podejmowane decyzje. Było to posunięcie, niosące za sobą ryzyko popadnięcia w banał, które moim zdaniem obroniło się ponadczasowością – bo chociaż emigracja to problem trudny i ważny – czeka go rozwiązanie – natomiast codzienne wybory to nici, z których tkamy życie.

Michael Brook zasługuje na osobny akapit, bo w tym filmie to muzyka ma moc twórczą. Melancholijne kompozycje jego autorstwa nie są nachalnie wzruszające, lecz subtelnie wyważone - urzeczywistniają obrazy i nadają barwy zeszłej epoce. Zwalniają także tempo akcji, iluzorycznie wydłużając film, co (ku mojemu ubolewaniu) przez wielu mechanicznie klasyfikowane jest jako synonim nudy, choć może to tylko ucieczka przed dostrzeżeniem dysonansu – pomiędzy minionym a obecnym wiekiem – który ten zabieg uwydatnia? Bo może skrycie żałujemy, że to w tym poprzednim zakochanie miało czas stawać się miłością.

Oglądając „Brooklyn” nie mogłam odsunąć od siebie pytania: czy coraz szybciej obnażając kolejne tajemnice wszechświata, nie pozbawiamy się tych chwil niepewności, niosących za sobą oksymoroniczne emocje, które przecież tak trafnie definiują życie?

skopiuj url: