2017

ZWIERZĘTA - BARANY. LUDZIE TEŻ BARANY. ZA DUŻO BARANÓW W JEDNYM FILMIE

Film: "Barany. Islandzka opowieść"

Autor: Patryk zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Islandia – czyli rzecz będzie oczywiście o owcach (a konkretniej: o baranach – nie tylko zwierzętach, ale też ludziach).

Grímur Hákonarson w filmie „Barany. Islandzka opowieść”, tworzy opowieść ascetyczną, zainspirowaną być może „Prostą historią” Davida Lyncha, często przytłaczającą wszechobecnym chłodem i brzydotą krajobrazu, rzucającą się w oczy – powiedzą „wielcy” krytycy. To film specyficzny – stwierdzą znowu ci, którzy zobaczyli nietypowy (być może pierwszy w życiu islandzki film) i nie chcą narazić się negatywnym opiniom znajomych, którzy wysoko go ocenili.

Tymczasem, reżyser pokazuje typowy obraz Islandii – tj. mała wioska, kilkoro ludzi oraz dwa domy na krzyż, a przy tym najczęściej jest to rodzina, z którą najłatwiej popaść w konflikt. Przy okazji: Islandia liczy nieco ponad 330 tys. mieszkańców, co stanowi mniej więcej o 170 tys. mniej w porównaniu do liczby gości tegorocznego Przystanku Woodstock. Tym samym, reżyser, mógł cieszyć się niezwykle kameralnymi warunkami. Nie powiem, że stworzył obraz ascetyczny, ale dostosowując się do współczesnego slangu, jest on na pewno „hardcorowy”. W warunkach wspomnianych dwóch domków na krzyż, stosunkowo małej, zamkniętej społeczności mieszkańców, Hákonarson, zawarł w swoim filmie wszystkie przywary towarzyszące zamkniętym grupom społecznym, tylko, że zrobił to w sposób… No właśnie, „hardcorowy”, ekstremalnie wykorzystując zastane warunki.

Mamy dwóch starszych braci, skłóconych ze sobą od lat. Mieszkają osobno, ale obok siebie i… oczywiście hodują owce (przypominam: jesteśmy na Islandii; proponuję wrócić do liczby mieszkańców i teraz skontrastować ją z pogłowiem owiec, szacowanym w całym państwie na ok. 1,2 miliona sztuk!), które wywołują cały konflikt. To właśnie one, a raczej niebezpieczna choroba jaka je dotyka, z jednej strony zaostrza spór pomiędzy braćmi, Kiddim i Gummim, a z drugiej sprawia, że muszą stać się sobie bliżsi.

Sam spór, dzięki osadzeniu w niezwykle surowym skandynawskim krajobrazie, powolnie prowadzonej narracji oraz niemałej dozie realności, skłania do kontemplacji, nawet pomimo swojego – nieco – komediowego nastroju. Hákonarson nie tylko zmusza swoich bohaterów do podjęcia trudnego wyboru, ale także – i może przede wszystkim – stawia ich w sytuacji, w której muszą oddać cząstkę siebie – owce. Początkowo wydaje się to niedorzeczne i infantylne, jednak wraz z kolejnym scenami, obserwując hermetyczną społeczność i zatapiając się w skandynawskim świecie, niczym skansenie, zaczynamy to rozumieć. Zaczynamy rozumieć i dostrzegać, że w małej wiosce, sąsiedzi odnoszą się do siebie szorstko. Ludzkie zaufanie ograniczone jest albo do najbliższych, albo… do owiec – nieodłącznych elementów życia.

Po półtoragodzinnym seansie… zbaraniałem – zarówno z zachwytu, jak i świadomości, że podobnych Kiddimów i Gummimów w całym społeczeństwo są tysiące.

„Barany. Islandzka opowieść” trafi na pewno do osób, gustujących w kinie dramatyczno-komediowym oraz nie lubiących prostych i dosłownych rozwiązań. Ten film powinien także skłaniać nas do głębszego przyjrzenia się własnym wadom i relacjom z innymi osobami, a być może ich naprawy. Ostatecznie przecież nie zawsze warto czerpać ze świata zwierząt – nie warto być baranami.

 

skopiuj url: