2017

Czy androidy śnią o elektrycznych owocach?

Film: ""Blade Runner 2049""

Autor: Robert zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Philip Kindred Dick był znany z tego, że w swoich opowiadaniach i powieściach, w większości należących do gatunku science-fiction, kładł ogromny wprost nacisk na uczucia. Zadawał pytania na temat moralności, tego co czyni człowieka człowiekiem. Te kwestie zawarł również w swoim opowiadaniu, pt. "Czy androidy śnią o elektrycznych owocach". Kilkanaście lat po jego publikacji, w roku 1982, Ridley Scott nakręcił film "Łowca androidów", opierając fabułę na tym, co wymyślił Dick. Choć kasowo okazał się on dość dużym rozczarowaniem - zarobił ledwie trzydzieści trzy miliony siedemset tysięcy dolarów, przy budżecie opiewającym na dwadziedzieścia osiem, to dzięki wysokiemu poziomowi wykonania, oddanym fanom oraz rozwojowi kina domowego, film stał się legendą.

Drogi czytelniku, czy potrafisz sobie wyobrazić presję, która miała zostać nałożona na tego, kto podejmie się, wyczekiwanej od wielu lat kontynuacji? Zmierzy z legendą nurtu science-fiction? Utworem, który tak naprawdę spopularyzował cyberpunk?

Denis Villeneuve, pochodzący z Kanady reżyser, w którego portfolio znajdziemy filmy takie jak: "Pogorzelisko". "Nowy początek" czy "Maelstrom", podjął się tego zadanie, zakrawającego na trzynastą pracę Heraklesa. Myślę, że najlepszą odpowiedzią na to, czy podołał, będzie opis mojej reakcji, gdy wychodziłem z kina - moja siostra mówiła do mnie, a ja nie słyszałem jej słów, tak bardzo zanurzyłem się w film, świetną i nieoczywistą historię, zdjęcia oraz muzykę.

Krótko opisując fabułę, tak by za wiele nie zdradzać - w roku 2049 niewiele się zmieniło. Pomimo buntów w koloniach, nadal produkuje się androidy, wszędobylskie są hologramy, barwiąc ponury, brudny świat, który już dawno odgrodził się od natury. Ludzie zamknęli się w miasta i niczym u Spenglera, powoli rozkładają kulturę, poprzez swoją cywilizację. W tym środowisku toczy się opowieść o łowcy androidów K; jest on w pełni przystosowanym do pracy, posłusznym cyborgiem, który wraz z fabułą, zaczyna coraz bardziej przypominać człowieka, a coraz mniej bioorganiczną maszynę.

Zacznijmy jednak od początku. Scenariusz skonstruowali Hampton Fancher, który pracował również przy pierwszym filmie z tej serii, a pomógł mu Michael Green, będący ostatnio w całkiem niezłej formie (Logan to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów o superbohaterach, jakie było mi dane widzieć). Ta dwójka stworzyła nietuzinkową historię, ze świetnymi wątkami pobocznymi (JOI to wprost doskonała metafora samotności w świecie globalizacji i tego co może z niej wyniknąć). Choć nie ma w niej zbyt wiele red herringów, to twisty fabularne oraz mnogość historii różnych postaci, doskonale wypełniają, tą pozorną pustkę. Wystarczy spojrzeć na długość filmu - dwie godziny i czterdzieści minut. Jeśli miałbym za coś jednak zganić scenarzystów, to byłoby to zakończenie otwarte, które pozostawia zbyt wiele niedomówień.

Teraz przejdźmy do muzyki. Wspólnie z przyjacielem byliśmy pełni obaw, gdy przeczytaliśmy o tym, że ścieżkę dźwiękową do nowego filmu nie skomponuje Vangelis, a Johann Johannsson i Benjamin Wallfisch. Przybrały one jeszcze na sile kilka miesięcy przed premierą, gdy Johannssona zastąpił Zimmer. Jest on doskonałym kompozytorem, jednak to co tworzy, w pewnym momencie zaczęło nosić znamiona wtórności. Pocieszałem się tym, co usłyszałem w "Dunkierce", mając nadzieję, na powtórne odejście od typowych dla Zimmera technik tremollo sekcji smyczkowej czy utartych schematów dźwiękowych fortepianu. Na sali kinowej wystarczyło pięć minut, bym zyskał pewność, że nie miałem racji. Para Wallfisch-Zimmer spisała się doskonale, dostarczając doskonałej muzyki ilustrującej sceny, nowych tematów oraz wariacji na temat starych Vangelisa.

No i na koniec - zdjęcia. Absolutne creme de la creme; magnum opus Rogera Deakinsa. Wykorzystanie jak najmniejszej ilości efektów specjalnych oraz wolne ujęcia, tworzą niesamowity klimat, z jednej strony podniosłości, z drugiej niepokoju. Można zresztą przeczytać wypowiedzi Villeneuve o tym, jak do kręcenia wykorzystywano naraz ponad sto lamp! Tytaniczna praca, moim zdaniem, powinna w tym roku zostać nagrodzona Oscarem. Przede wszystkim, praca kamery pozostawia mnóstwo niedomówień,  tym razem, w przeciwieństwie do fabuły, doskonale skrojonych, które zaogniają naszą ciekawość oraz budzą chęć wyjścia poza kadr i zbadania futurystycznego Los Angeles. Ważna jest też mnogość scenerii, widzimy pustynie, dom spokojnej starości i to, co pozostało z Las Vegas, a wszystko to doskonale uwiecznione w szerokich, bogatych kadrach.

Podsumowując ze strony twórców filmu; każdy spisał się na złoty, dwudziestocztero karatowy medal. Nie zdziwi mnie, jeśli film będzie zbierał w tym roku, każdą możliwą do zdobycia nagrodę.

Teraz przejdźmy do aktorów. Rolę K powierzono Ryanowi Goslingowi. W jego przypadku, pomimo strachu społeczności fanów, że główną rolę powierza się aktorowi znanemu z filmów, z zacięciem romantycznym, bądź komediowym, byłem pewien, że podoła. Wystarczy zresztą obejrzeć "Drive" z jego udziałem, by wiedzieć, że jest to aktor wszechstronny, który nie boi się żadnej roli. Jego kreacja jest wielopoziomowa i nieoczywista. Pomimo niewielkiego zakresu min i zwrotów, widzimy każde uczucie, które maluje się w bohaterze.

W Deckarda ponownie wcielił się Harrison Ford i co tu dużo mówić, dał radę. Widzimy to, co zrobiło z tym bohaterem trzydzieści lat samotności i wewnętrznego bólu, po tym, co wydarzyło się w części pierwszej.

Ostatnią z ważnych postaci męskich jest Niander Wallace, z którym wiąże się bardzo smutna opowieść. Na początku miał go zagrać David Bowie, legendarny, brytyjski wokalista, autor m.in."Space Oddity". Niestety, zmarł, przez co zastąpił go inny muzyk, Jared Leto. Wokalista 30 Second to Mars, stworzył nietuzinkowy czarny charakter i aż żal, że tak mało jest go w tym filmie. W moim odczuciu, jego monolog w scenie z nowo narodzonym replikantem, jest niemal tak dobry, jak ten Rutgera Hauera. 

Jeśli zaś chodzi o postaci kobiece to moim zdaniem, pozą tą zagraną przez Ane de Armas, nie stoją one na tak wysokim poziomie, jak męskie. Zacznijmy od tego co dobre - de Armas jest przekonywująca i nienachalna; co to znaczy? Wątek miłosny z jej udziałem, rysuje się na drugim planie, nie wysuwając na pierwszy, a równocześnie to on poruszył mnie do głębi i przeraził. Moje wielkie pokłony dla tej Pani! Niestety, nie mogę tego powiedzieć o Robin Wright oraz Sylvii Hoeks. Pierwsza jest jak dla mnie zbyt jednowymiarowa i pozbawiona głębii (trochę w tym winy scenarzystów, którzy nie zadbali o jej backstory ), a Hoeks odgrywa nieco bezmyślnego replikanta, który tylko wykonuje rozkazy, co moim zdaniem jest niewykorzystaniem doskonałej możliwości, do stworzenia głębokiej i chaotycznej moralnie bohaterki. Tutaj też mały prztyczek dla Villeneuve, który nie zadbał o to, by we właściwy sposób aktorki zinterpretowały swoje role.

Tym sposobem dochodzimy do końca. Zaanalizowaliśmy każdą część tego, co czyni ten film niemal doskonałym. Z mojej strony, mogę powiedzieć, że odkąd poznałem pierwszą część osiem lat temu, czekałem na kontynuację i to czego się doczekałem, całkowicie mnie zaspokaja, więcej, kiedy tylko film zostanie wydany na blu-ray, niewątpliwie zawędruje do mojego odtwarzacza. Nie raz i nie dwa.

Martin Luther King kiedyś zaczął przemówienie słowami "I have a dream", ja natomiast skończę nimi recenzję, coś od siebie dodając. I have a dream, that third episode coming soon (mam marzenie, że trzecia część nadejdzie wkrótce). 

 

skopiuj url: