2017

Krzyk ziemi, cisza nieba. O filmie „Milczenie” Martina Scorsese

Film: "Milczenie"

Autor: Joanna zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Najnowszy film Martina Scorsese nie daje o sobie zapomnieć. Zadaje nieskończenie wiele trudnych pytań i na żadne nie udziela odpowiedzi. Po wyjściu z kina wręcz nie mogłam się otrząsnąć. Nie pozwalał przestać o sobie myśleć jeszcze przez kilka dni. „Milczenie” to przejmująco głębokie dzieło, które trzyma w napięciu przez każdą minutę jego trwania.

Pomimo swojego pozornie wolnego tempa akcji, te niecałe trzy godziny mijają niczym minuta. Film jest wyważony z niezwykłą precyzją i dokładnością. Reżyser komponuje dzieło, które płynie. Nie było tam zbędnych, dłużących się scen. Każde ujęcie miało powód, by znaleźć się w danym momencie. To nadawało właśnie tej „płynności”. Niesamowity efekt wywołuje praktyczny brak muzyki w filmie. Cisza nadaje całości wspaniały klimat.

„Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów”. Te słowa Chrystusa były i są natchnieniem oraz inspiracją dla misjonarzy. Rodrigues myślał o nich jako o powołaniu. Scorsese w jednym z wywiadów wyznał, że marzył o nakręceniu filmu z takim bohaterem od nastoletnich lat. Sam uczył się, by zostać księdzem, jednak szybko porzucił seminarium, właśnie ze względu na odnalezienie swojej własnej ścieżki życiowej. Samo użycie słowa „powołanie” oznacza, że Rodrigues musiał kiedyś słyszeć głos Boga bardzo wyraźnie. Na tyle wyraźnie, by naiwnie, bez większego lęku poprosić o misję w ścigającej i mordującej chrześcijan Japonii. Jednak, czy to nie były tylko jego domysły? Czy nie był to jego własny głos pełen dumy i arogancji?

Przez całą akcję filmu główny bohater boryka się z problemem swojej próżności, ukrywanej pod maską „dobrego księdza”. Udziela rozgrzeszenia Kichijiro – człowiekowi, który wiele razy zaparł się swojej wiary – równocześnie pogardzając nim, uważając siebie za moralnie wyższego. W pewnym momencie przestał patrzeć na siebie jako na naśladowcę, zaczął myśleć o sobie jako o kimś więcej. Wielokrotnie porównywał swój los do życia Jezusa. Ogrom jego szaleństwa i próżności szczególnie widać w krytykowanej przez wielu recenzentów scenie, w której Rodrigues ujrzał w strumieniu zamiast swojego odbicia twarz Chrystusa. Czuł się lepszy. Czuł się ważny i potrzebny. Ten problem jest jak najbardziej żywy i współczesny dzisiejszy. To kolejny aspekt, dzięki któremu ten historyczny film jest tak niesamowicie bieżący i aktualny.

Kichijiro w pewnym momencie powiedział, że jego cierpienie jest niesprawiedliwe, że gdyby urodził się jeszcze przed początkiem prześladowań mógłby umrzeć jako dobry chrześcijanin. To całkowita prawda. Nam też łatwo osądzać, rzucać patetycznymi frazesami i być „dobrymi chrześcijanami”. W końcu żyjemy w bezpiecznym kraju, gdzie nikt nas nie prześladuje. Tą sceną, tym dialogiem, jego postać po raz kolejny ukazała, jak bardzo jest prawdziwa i dobrze napisana. Miał denerwować, uwierać, przeszkadzać. Jego kolejne wyparcia się wiary i kolejne prośby o przebaczenie pokazywały mentalność każdego człowieka. Nikt z nas nie jest od niego lepszy. Upadamy, wyrzekamy się Boga i jesteśmy na tyle bezwstydni, by znów błagać o przebaczenie. Kichijiro przestaje irytować, gdy zdamy sobie z tego sprawę. Zaczyna być po prostu realny i okropnie podobny do nas.

Na uwagę zdecydowanie zasługuje fenomenalne aktorstwo Andrew Garfielda. Idealnie ukazał przemianę bohatera, dokładnie przeanalizował jego zachowanie, uczucia, rozterki. Był w tym niesamowicie autentyczny. On nie grał szaleństwa, on sam oszalał.

Podobnie mogę wyrazić się o Isseiu Ogacie. Wniósł w swoją rolę ogromną głębię. Jego Inkwizytor Inoue był przeciwieństwem typowego czarnego charakteru. Ukazał go jako człowieka, który po prostu wykonuje swoją pracę, podporządkowuje się rządowi. W tamtych czasach lojalność i niekwestionowanie postanowień rządu przez Japończyków było oczywiste. I nawet pomimo zmiany, jaka w nim zaszła po spotkaniu Rodriguesa, nawet jeśli wspomniany ksiądz sprawił, że jego praca stała się trudniejsza, to Inoue nigdy by nawet nie pomyślał o zdradzie rządu. Była to dla niego, jak i większości ówczesnych Japończyków, wartość nadrzędna.

Tytułowe milczenie Boga odnosi się jeszcze do jednego, bieżącego problemu, z którym zmagają się chrześcijanie, którym jest tzw. nowy ateizm. Jest to nurt ateizmu, zakładający, że nauka nie może akceptować żadnych religijnych uzasadnień, a wszelkie wierzenia powinno się krytykować i im przeciwdziałać. Nowi ateiści twierdzą, że istnienie Boga jest tylko hipotezą naukową i to bardzo łatwą do obalenia. Fala nowego ateizmu wywołała, oczywiście, sprzeciw ludzi wierzących i kolejną wojnę argumentów. Scorsese pokazuje nam ten spór i bezsilność wobec jego zakończenia. Jest także argumentem samym w sobie.

„Milczenie” jest niesamowicie intymne. Ten film wręcz emanuje szczerością. Zawiera ogromny ładunek filozoficzny, intelektualny i emocjonalny. Ukazuje ogromny dramat i tragedię. Cierpienie ludzi, którzy nie mogą poradzić sobie z moralnymi dylematami oraz milczeniem Boga w czasie, w którym najbardziej go potrzebowali. Mówi o wierze i niewierze jednocześnie, które muszą iść obok siebie. O odnalezieniu własnej drogi w Jezusie, porzucając swoją całą dumę, próżność i egoizm. O dojrzałości i głębi prawdziwej wiary, która zdecydowanie nie wygląda tak prosto, jak czasem to sobie wyobrażamy. Jednym z najpiękniejszych elementów tego filmu jest jego zakończenie. Zupełnie niesztampowe, a w tym przygnębiające. Można by spodziewać się heroicznej męczeńskiej śmierci głównego bohatera, na której poleciałyby łzy wzruszenia, a dostaliśmy brutalnie rzeczywisty obraz zlęknionego człowieka, który ogłosił apostazję. I tutaj pada jedno z największych pytań tego filmu – czy możemy zaakceptować kogoś, kto publicznie wyrzekł się Boga, lecz zachował wiarę? Czy dla ocalenia życia, swojego i innych, można zhańbić Stwórcę? Oraz czy w taki sposób w ogóle hańbimy Pana?

skopiuj url: