2017

Szwedzka, współczesna dulszczyzna - o filmie “The Square”

Film: "The Square"

Autor: Tymoteusz Schodowski zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

[akapit]Świetne zdjęcia, podręcznikowe, bardzo ciekawe kompozycje kadru przyprawione o szwedzkie poczucie estetyki i humoru, interesująca, choć momentami zbyt mało urozmaicona, muzyka oraz fenomenalna gra aktorska zsumowały się w naprawdę zdumiewająco dobre, współczesne (w spojrzeniu na obecną polityczną oraz społeczno-kulturową *za sprawą bardzo zgrabnych odwołań do odkryć nauk o nowych mediach* sytuację), krytyczne kino europejskie na wysokim poziomie - zarówno technicznym jak i artystycznym.[akapit]Gdybym miał zwerbalizować swoją narrację świata przedstawionego w “The suqre” ująłbym to w mniej więcej następujący sposób: “Większość ludzi, na których patrzę, przypomina mi maszyny. Jakby już naprawdę mało kto miał świadomość i był naprawdę człowiekiem. Nie jakimś zaprzeczeniem życia w postaci mechanizmu, ale żyjącym faktycznie człowiekiem. Ecce homo. Jakby owa większość topiła się w strumieniu swoich przeżyć jak zwierzęta, nieludzko, a tylko wybrani uświadamiali by sobie swoją tożsamość kulturową. Mało jest już ludzi w ludziach. To smutne.” W kontekście naturalistycznej perspektywy, jaką proponuje Ruben Östlund, wszyscy bohaterowie ukazani zostają jako zbiory czystych, animalnych instynktów, które za nic nie wykazują usposobień wskazujących na szanowanie czegoś prócz swojej miłości własnej (wliczając w to oczywiście sztukę per se). I moim zdaniem reżyser nie mija się daleko z realiami współczesnych postaw (jeżeli potraktować te przedstawienie jako kinową hiperbolizacje w celach czysto poetyckich). Przykład: cywilizowani obywatele Globalnej Północy. Tysiące lat dorobku kulturowego. Mordują brutalnie jak zwierzęta, grupowo linczując dziką istotę - to, co tak bardzo przypomina im ich samych, o czego istnieniu nie chcą słuchać, w którą nie chcą wierzyć. Ciągle uciekają, rozwiązując konflikty tylko przy pomocy przemocy czy krzyku. Bez ani kszty empatii w swych zachowaniach. To naturalizm porównywalny z tym zawartym w dziełach Emila Zoli, a od ich publikacji minęło przecież prawie półtora wieku. Po obejrzeniu “The square” łatwo jest zdać sobie sprawę, że chyba mało co się w tym aspekcie rzeczywistości zmieniło.[akapit]Mało pochlebnie jest łatwo mówić również o samym dziele sztuki, które przygotowuje główny bohater Christian. Płytka, skrajnie komercyjna, niepretensjonalna i nieodkrywcza, żałosna propaganda mówiąca wprost: "wpajajmy ludziom szanowanie się i zdolność ufania sobie nawzajem", pokazuje, że obsadzeni na kluczowych stanowiskach placówek kulturalnych wraz z samymi artystyami nie rozumieją za nic idei altruistycznego ufania sobie. Sądzą, że samo tylko wprowadzenie syntetycznej mody związanej z życiem kulturowym jako “modnym” oraz z czystym konwenansem jest w stanie zamienić stawianie między ludźmi (przez ludzi) murów na budowanie mostów. Dla korporacji z kolei to tylko wyciskanie ze sztuki koron. Brutalne wyciskanie, prawie jak gdyby z gąbki. Nikogo sztuka tak na poważnie nie obchodzi. Jest słabej jakości, więc ludzie się nią nie interesują. Ludzie chodzą do muzeum tylko dla samego faktu pójścia, jako czegoś modnego. Wchodzą, szybko przechodzą przez wystawy, bez zainteresowania, machinalnie robią zdjęcia, by móc je potem wstawić na social media. To tyle. Wychodzą. Nawet ochroniarz już dawno do tego przywyknął. Nie interesują się uczuciami, prezentują postawy skrajnie ignoranckie i filisterskie, a więc sztuka, z powodu braku zainteresowania, staje się sama w sobie jeszcze mniej ciekawą. Perpetum. A to wszystko dlatego, gdyż nie umie ona wymownie podjąć problemów ważnych społecznie-kulturowo, nie umie tego zrobić tak, by kogoś to nagle znowu zainteresowało właśnie poprzez dostrzeżenie wagi i natury powyższych. Sztuka staje się powoli cała śmieszna i płytka; pretensjonalna albo tendencyjna. Ważne jest tylko to, co bombarduje sztuczkami marketingowymi, o czym jest zwyczajnie głośno, o czym mówią masy. Nikogo wymiar poza-rozrywkowy nie obchodzi. Na facebook’u pod postem, traktującym o skandalu, przeciętny internauta da reakcje "wrr" i skomentuje wulgarnie oraz krytycznie w stosunku do skandalisty, tylko żeby wyładować złość, której, przez swój skrajny egocentryzm, wywoływaniu nie umie zapobiegać. A potem, dzięki takim komentarzom i masom spychającym kamień ze zbocza, przedsięwzięcie, które było przedmiotem skandalu, zyskuje rozgłos - perfekcyjną reklamę. Nikt już tej sztuki nie szanuje, ale mimo to, skupieni przeważnie tylko na sobie ludzie, są nagle tak oślepieni ciekawością, że stają się marionetką w rękach marketingu. Scenarzysta perfekcyjnie oddał stopień degrengolady estetycznej we współczesnym społeczeństwie.[akapit]Lecz ludzie kultur zachodnich upadli nie tylko w zauważaniu piękna. Zbyt intensywne skupianie się na sobie poskutkowało również znacznym poróżnieniem siebie nawzajem. A, w kontekście filmu, nastroje tego rodzaju rodzą się, bo ogół (na przykład) myśli, że to przez imigrantów ludzie sobie nie ufają. NIEPRAWDA. Nie ufają sobie, WIĘC nie chcą w kraju imigrantów. Im nie ufają z założenia, bo nie mają na to zaufanie dość empatii. A imigranci i tak zawsze byli i będa. To nie ma znaczenia. Problem nie leży w samym fakcie istnienia pojęcia “imigranta”, a w ludziach w ogóle. Chodzi o kondycję ich zaciekawienia czymkolwiek, co nie wiąże się bezpośrednio z pieniędzmi czy swoim własnym ego. Do tego “czegokolwiek” potrafimy się zmuszać tylko za sprawą konwenansu. No właśnie - “bo przecież wszyscy by widzieli, że jestem złym człowiekiem i nie ufam ludziom. Nie mogę pozwolić na to, żeby tak o mnie myśleli - będę więc krową w stadzie, bylebym nie był o nic posądzany. Finalnie - przecież co to za różnica?” Inne żyjące istoty mają dla nas tylko marginalne znaczenie i sądze, że właśnie to usposobienie współczesnego człowieka jest w tym filmie najistotniejsze.

Tymoteusz Schodowski(uczeń szkoły ponadgimnazjalnej - Liceum Akademickiego w Toruniu)

*edytor nie pozwolił na wstawienie odpowiednich akapitów*

skopiuj url: