2017

Co czuje młody człowiek, oglądając ostatni film wielkiego reżysera?

Film: "Powidoki"

Autor: Maria zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Powidoki, czyli ostatnia historia opowiedziana obrazem przez Andrzeja Wajdę z premierą kinową już po jego śmierci. Film przedstawia losy polskiego malarza Władysława Strzemińskiego. Nie jest to jednak moim zdaniem dzieło stricte biograficzne - bohatera poznajemy dopiero po osiągnięciu dorosłości, śledzimy jego losy tylko przez jeden okres jego życia. Akcja rozgrywa się we wczesnych latach 50. i pokazuje próbę walki artysty z systemem komunistycznym, delikatnie pomijając jego relacje rodzinne.

Film według mnie jest bardzo osobisty. Twórca opowiada historię innego twórcy i dzięki temu cały przekaz jest rzetelny i realistyczny. W centrum uwagi przez prawie cały czas jest tylko jeden człowiek spędzający większość swojego życia w zamkniętym mieszkaniu. Odwiedzają go studenci, córka, jednak ciągle wydaje się, jakby czegoś mu brakowało. Odebrano mu wolność twórczości, czyli coś, co ma największą wartość w jego życiu. Jego antyrządowe nastawienie widać już od chwili, gdy czerwona, stalinowska poświata uniemożliwia mu pracę. Wie, że nie będzie łatwo odzyskać swoje prawa, ale chwyta się ostatnich desek ratunku. Przez ten trud mogłam na ekranie zauważyć jego przemianę. Najpierw będąc dojrzałym artystą, Strzemiński jest bardzo skąpy w uczuciach, wręcz oschły. Z czasem jednak otwiera się na widza, dostrzegalny jest jego ból i bezsilność. Świetna pracę wykonał w tym kierunku Bogusław Linda, czyli odtwórca głównej roli. Nie zdradzając wiele za pomocą mimiki twarzy, wykorzystał oczy, aby przekazać wszystkie uczucia tkwiące w bohaterze. Dodatkowo Strzemiński mówi używając wręcz podręcznikowych zdań, co mogłoby kwestionować realizm tej postaci. Są one jednak tak naturalnie wypowiadane, że tworzą pewną wyższość bohatera nad innymi. Gratulacje dla Lindy należą się też za poradzenie sobie z odegraniem dużej niepełnosprawności malarza.

Powidoki są również przesiąknięte smutkiem i tragizmem. Bohater walczy z systemem, który jako broń, żeby go wyeliminować, wykorzystuje sztukę będącą sensem istnienia malarza. Jego życie jest koszmarne. Mieszka sam wśród dymu papierosowego, brudnych, zielonych ścian. Córka ostatecznie się wyprowadza, on odrzuca miłość uczennicy. Pozostaje mu tylko przyjaciel Julian Przyboś, którego jakże poetycko odtworzył Krzysztof Pieczyński. Trwał przy nim do końca, ale czy to coś zmieni? Władza i tak znalazła sposób na wykończenie artysty - śmierć głodowa dosięgnie każdego człowieka nieposiadającego cennych kartek żywnościowych, a tym bardziej tych cierpiących na gruźlicę. I tu należy się duży ukłon w stronę Szymona Bobrowskiego, który na planie wyglądał jak żywcem wyciągnięty z wiecu partyjnego PRL-u. Cała ta historia w świetle dzisiejszej Polski jest przeraźliwie aktualna. Beznadziejność sytuacji to walka państwa z nieposłuszną jednostką. Natomiast przestroga nie była celem reżysera. Był to raczej hołd i wspomnienie swojej wczesnej twórczości. Smutek filmu dodatkowo widać w oczach, ruchach Strzemińskiego, ale nigdy nie jest to strach. Zaniedbany krajobraz Łodzi potęguje wrażenie fatalności losu bohatera. Gwoździem do trumny jest jedna z ostatnich scen. Ręka manekina dyndająca nad nieprzytomnym Strzemińskim przyprawia o dreszczyk, pozostając tym samym w pamięci widza na dłuższy czas.

Od początku akcji wiadomo, że rodzina malarza jest rozbita. Ma żonę, której jednak nigdy nie widać na ekranie oraz córkę Nikę. Młoda Bronisława Zamachowska dostała niezwykle trudne zadanie do wykonania. Jej postać bez przerwy pokazywała się u boku Lindy. Według mnie nie sprostała roli. Nika Strzemińska została stworzona bardzo sztucznie, była pozbawiona naturalności, spontaniczności. Jedynym czym się wyróżniała, był jej czerwony płaszcz, który podkreślał jej wiarę w komunistyczny, “lepszy” porządek świata i kreowanie nowych pokoleń przez władze. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że nieudolna gra jest czymś zamierzonym, przypominając sobie recytowany wiersz lub rozmowę dziewczynki z Przybosiem. Jednak było to na tyle nieprzekonujące, że z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że była to rola po prostu kiepska. A szkoda.

Miłym kontrastem była natomiast młoda studentka (Zofia Wichłacz), idealistka, zakochana w buntowniczym, jakże innym malarzu. Starała się wprowadzić w rzeczywistość artysty trochę świeżości. Najpierw niepewna, z czasem sama zaczęła działać przeciwko władzy z pomocą kolegów studentów. Cała ta grupka (wszystkie role niezłe) stała się nadzieją na lepsze, wolne jutro oraz wspierała i podziwiała Strzemińskiego. Pomogła mu opracować książkę o jego twórczości i postrzeganiu sztuki pt. Teoria widzenia, wydaną już po jego śmierci.

Dużym plusem dzieła jest scenografia - mieszkanie Strzemińskiego “wypieszczone” w każdym calu, jednak nie eleganckie, a minimalistyczne, tworzące przestrzeń przyjazną sztuce. Muzyka jest kolejnym kontrastem w stosunku do całej kompozycji. Pojawia się przede wszystkim pod koniec filmu na napisach, a jej słowa to Ukochany kraj, umiłowany kraj… Reszta traktuje o wspólnej pracy na rzecz państwa, ale wszystko i wszyscy muszą się tak samo zachowywać, robić to samo. Ta piosenka niejako triumfuje nad takimi jak Strzemiński. Dla mnie brzmi to co najmniej jak ironia, a wydźwięk dzieła zmienia na poczucie absurdu i groteski rzeczywistości PRL-u. Warto również zwrócić uwagę na tytuł. Już na początku Strzemiński na spokojnym, pięknym wzgórzu rozmawiając ze swoimi studentami wyjaśnia znaczenie tego terminu. Powidok jako obraz, który zostaje po zamknięciu oczu. Czy jest to pewna aluzja do wolności człowieka? Najpierw obiecywana, potem ograniczana i odbierana? Być może.

Jako młody człowiek mogę powiedzieć, że film skłonił mnie do refleksji, podkreślił drugą stronę medalu walki z komunizmem. Prawie zawsze mówi się tylko o ruchach licznych organizacji, ale zawsze jest to jakaś zwarta grupa osób. Zapomina się powiedzieć młodym ludziom, że czasem największym problemem dla państwa czy jakiejś innej wyższej instytucji może być po prostu niepokorna jednostka. Tym razem walcząca o swoją wolność, której nikt nie ma prawa nikomu odebrać. Powidoki mogą być też czymś w rodzaju wyrażenia potrzeby Andrzeja Wajdy do bycia postrzeganym jak przysłowiowy Strzemiński. W swoich filmach przemycał antysystemowe idee, dzięki nim kreował świadomość narodową. Należy mu się miejsce wśród czynnych przeciwników władzy, ale Powidoki nie do końca to wyrażają. Są zrobione być może nieco wbrew oczekiwaniom widzów czy krytyków. Same w sobie są dziełem bardzo dobrym, będącym w stanie się bronić. Prawie przekonująca obsada, świetny montaż (Paweł Edelman), dopieszczone dialogi i niezły scenariusz (Andrzej Mularczyk) pozwoliły im na stanie się kandydatem, lecz tylko kandydatem do Oscara. Nie będę sądzić słuszności tej decyzji, natomiast film uważam za wartościowy pod względem inności spojrzenia na rzeczywistość zarówno artystów, jak i współczesnego świata.

skopiuj url: